KSIĄŻKA unikat z nr 001 sprzedany na aukcji dla WOŚP

00013-—-kopia.jpg

– No nie wiem. Umówiłeś się z nią? Wziąłeś numer telefonu?… Patrzyłem na Stasia z politowaniem. – Tak myślałem – odezwał się Staś – zapomniałeś. No tak już jest, na starość pamięć coraz słabsza.

„Piórkiem Tomka S. czyli Co ty mi tu koleś kit wciskasz” – ostatnie egzemplarze

Cały nakład ponumerowany - każdy egzemplarz to unikat. Wolumen z nr 001 sprzedany na aukcji dla WOŚP. Zostało jeszcze kilka egzemplarzy - kto chce, niech pisze na maila:

e-mail: TomekS@notowany.pl

facebook.com

twitter.com

facebook.com/PiorkiemTomkaS

Wpisy – ostatnie

Archiwa

Kwiecień 2017
P W Ś C P S N
« mar    
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Najnowsze komentarze

Wyjaśnienia

Dział: Wpisy - kategoria: Dla Głosu Pruszkowa - felietoniki-miniopowiadanka okraszone rysunkami publikowane w Głosie Pruszkowa.

Dział: Galeria - Rysunki - Komorów - rysunki dla zbioru fraszek o Komorowie i jego mieszkańcach Tadeusza Charmuszko p.t. "Wiwat Komorów z beczką humoru" wyd. przez Towarzystwo Przyjaciół Miasta Ogrodu Komorów - KOMOROWIANIE jako efekt nagrody specjalnej w konkursie poetyckim: "Jedyne Miejsce pod Słońcem", wyd. z grud. 2013.

Galeria

rys-ciesnina

Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 11329
  • Dzisiaj wizyt: 1
  • Wszystkich komentarzy: 46

Grałem w filmie

(Głos Pruszkowa 04/2017)
>
>
                 Grałem w filmie
>
>
Jako statysta. Scena wesela – chyba jakaś uwspółcześniona wersja Wyspiańskiego. Chciałem dopytać drugiego reżysera, co to za film będzie, ale usłyszałem, że projekt ma być hitem, a jego wejście na ekran wielką niespodzianką, dlatego też tytuł filmu objęty jest tajemnicą.
Zbiórka o 6:00 rano – zawsze się zastanawiam, po co tak wcześnie i tak wiadomo, że przed 9:00 się nie zacznie. Opiekunowie statystów sprawdzają listę. Potem ubiory. Oczywiście statyści we własnych – taniej dla filmu, ale zawsze można coś poprawić: zmienić krawat lub pasek przy sukience itp. Potem makeup (mówią: mejkap). Kiedyś to się nazywało makijaż, z francuskiego. Teraz obowiązkowo po angielsku. A dlaczego? Makijażystka – chociaż powinienem chyba napisać: makeupużystka – wzruszyła ramionami:
– Może dlatego, że wszyscy teraz chcą, żeby było jak w Hollywood a tam wszyscy mówią po angielsku.
>27-1 Kaczynski Merkel Unia Dawid Goliat — maly
Trochę pudru na nos, sterczący kosmyk włosów przyciśnięty lakierem i jest OK.
Asystenci reżysera ustawiają statystów, ten przy stole biesiadnym, tamten przy drzwiach będzie, tu kilka par tańczących. A tu jakoś pusto, trzeba zagęścić, tam tłok rozładować. Muzyka, zespół disco polo na scenie. Wszyscy się bawią, tańczą… Stop, teraz choreograf o miłym głosie i … w rajtuzach. Myślałem, że faceci w rajtuzach to taki żart. A może on jest w legginsach. Czy są męskie legginsy? Choreograf ustawia, musi być ruch, zabawa i koniecznie wężyk.
– Pan jakoś koślawo, do wężyka to będzie lepiej – choreograf pociągnął mnie za rękaw.
Ja koślawo tańczę? Nawet nie zdążyłem się obrazić a już zostałem ustawiony w wężyku. I muzyka i tańce na parkiecie a my trzymając się za ręce wężykiem miedzy rozbawionym tłumem weselników. Dobrze jest – pokazuje choreograf. Wszyscy na pozycje wyjściowe, będzie pierwsze podejście z kamerą. Ostatnie poprawki: poluzować krawat, większy dekolt u pań, przyróżowić policzki, przypudrować nosy… Kamera! Akcja! Disco polo na całego – typowo weselne przeboje. Przy stole statyści – biesiadnicy udają, że piją – w kieliszkach woda mineralna. Na parkiecie tańczą pary i na znak rusza wężyk tanecznym krokiem wymijając weselników… i wszystko fajnie tylko, że zawadziłem nogą sam nie wiem, o co. Wężyk się rozrywa a ja padam jak długi w rozstawione krzesła. No to koniec, przerywamy i czekam jak usłyszę: stop. Kątem oka dostrzegam, że kamera wiąż filmuje i to na mnie właśnie najeżdża, czyli nie przerywamy, muszę uważać, żeby nie spojrzeć w kamerę. Wstaję więc, uśmiecham się i wężyk pod okiem kamery rusza dalej. Wreszcie koniec sceny – reżyser ogląda ujęcie.
Tradycyjnie będzie dubel, czyli powtórka – wszyscy na miejsca. Choreograf prowadzi reżysera i pokazuje na mnie. Pewnie mnie ochrzani za tę wywrotkę.
– To pan się tam tak fajnie wywrócił – zwrócił się do mnie reżyser a ja potwierdziłem kiwnięciem.
– Bardzo dobrze, a nawet świetne to było. Chciałbym żeby pan się jeszcze raz tak wywrócił.
– No, ale to niechcący było – odezwałem się zdziwiony – nogi mi się po prostu zaplątały.
Reżyser machnął ręką:
– Było super, właśnie tak trzeba. Niech się pan wywróci, tak naturalnie.
– Ale tak drugi raz to mi się chyba nie uda – próbowałem się jakoś ratować.
– To nic, normalnie proszę tańczyć w tym wężyku, kolega z ekipy pana podetnie i będzie super.
Chciałem zaprotestować, ale już go nie było i zaraz komendy: Na miejsca! Kamera! Akcja!
Jeszcze dwa razy ktoś mnie podcinał.
>
>selfie
Obolały pojechałem jeszcze na wieczorne zdjęcia do innego filmu. Okazało się, że grano sceny w klubie gogo. Statyści siedzieli w miejscach dla gości a roznegliżowane tancerki na scenie przy rurze. Na stołach też niemal nagie dziewczyny w kiwały się w pląsach klubowej muzyki. W pierwszej przerwie wszystkie zakładały szlafroki. Przy drugiej przerwie nie chciało im się biegać po okrycia, które na planie przecież nie mogły leżeć, więc zasłaniały swe wdzięki dłońmi. Przy trzeciej przerwie nawet nie chciało im się już zasłaniać zauważając, że na nikim nie robi to wrażenia – nagość po prostu spowszechniała.
W pierwszej przerwie jedna z tancerek otulona szlafrokiem podeszła do barku i poprosiła o coś do picia.
– A wie pan – odezwała się do mnie – ja jestem porządna dziewczyna, nie tak jak te zdziry, co z gołymi cyckami latają.
– To tylko film – odezwałem się nieśmiało – przecież ty też tutaj grasz prawie nago.
– Bo ja potrzebuję pieniędzy, nie tak jak te szmaty, co za byle grosz świecą gołym tyłkiem – wyjaśniła i dodała – Przecież to zwykłe bezwstydne dziwki są.
A ja pomyślałem, że niezbadana jest głębia kobiecej hipokryzji.
Przy drugiej przerwie zagadnąłem inną:
– Duszno tu,
nieźle nagrzali, żebyście dziewczyny nie pomarzły.
– Daruj sobie ten kiepski podryw – usłyszałem – i spadaj, przyszedłeś tu tylko po to, żeby popatrzeć sobie na gołe dziewczyny.
Odpowiedź mnie lekko zszokowała, ale szybko się pozbierałem i zripostowałem:
– Na ciebie raczej nie ma, co patrzeć, piękność nocy, postrach dnia – brzydka nie była, ale co mogłem jej odpowiedzieć?
Chyba ją ruszyło, bo kiedy odszedłem krzyknęła za mną:
– No to popatrz sobie i podziwiaj, tyle twojego!
Nawet się nie obejrzałem:
– Daruj sobie, przejrzyj się w lustrze.
Więcej już do niej nie podchodziłem, ona do mnie też nie.
>
>plan filmowy - wstydze sie
Po trzecim dublu drugi reżyser zdziwił się, że stoję przy śniadej tancerce:
– Nie… tutaj to pan nie… tam gdzieś pan idzie – wskazał jakieś nieokreślone miejsce.
Nieoczekiwanie śniada tancerka ujęła się za mną:
– Ale on tu cały czas jest, jak kamera wchodzi to on mnie obejmuje a potem idzie do baru – i na znak że nie kłamie, przycisnęła mnie do siebie.
– Acha – wymamrotał zdziwiony drugi reżyser – no to niech tak będzie.
I przez następne duble ściskałem się z nagą tancerką.
*
– I co dalej? – spytał Staś wysłuchawszy moich opowieści o graniu w filmie.
– A co ma być dalej? – spojrzałem na niego zdziwiony.
– No nie wiem. Umówiłeś się z nią? Wziąłeś numer telefonu?…
Patrzyłem na Stasia z politowaniem.
– Tak myślałem – odezwał się Staś – zapomniałeś. No tak już jest, na starość pamięć coraz słabsza.
>

Marszowy marzec

(Głos Pruszkowa 03/2017)
>
>
               _Marszowy marzec_
>
>
Jeżeli liczyć, że komuna w naszym kraju upadła w 1989 roku, to zaledwie w 22 lata od jej upadku Żołnierze Wyklęci doczekali się swojego święta: 1 marca jest Narodowym Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych. A kto to są Żołnierze Wyklęci to niech sobie każdy sam sobie poszuka. W wielu miastach organizowane są rajdy śladami Wyklętych lub akademie, wiece czy po prostu marsze ku ich czci. Ja też poszedłem w takim marszu obok grupy rekonstrukcyjnej, przebranej w mundury z tamtych lat. Marsz poszedł dalej a ja zastanawiałem się nad tym, co ich mogło pchać do walki, kiedy wszystko już było stracone. Kiedy już było wiadome, że wybory w 1947 roku sfałszowano a jedyny polityk, z którym wiązano nadzieje, Stanisław Mikołajczyk zwyczajnie uciekł do Anglii zostawiając wierzących w niego Polaków na pastwę ubeckich represji. Kiedy dotarło już do wszystkich, że III wojny światowej nie będzie a sowiecka okupacja nie zakończy się prędko albo nawet wcale. A jednak Wyklęci wciąż tkwili w lasach, konspirowali w domach, bo czyż mieli inne wyjście? Ci, którzy ujawniali się w ramach amnestii, wkrótce byli aresztowani, więc chyba nie mieli już wyjścia, dla nich okazała się to droga w jedną stronę.
Ocknąłem się z zamyślenia szturchnięty przez maszerujące kobiety ubrane na czarno.
 – Pogrzeb jakiś? Ktoś umarł, że tak wszystkie na czarno? – spytałem jedną z kobiet.
 – Czarny protest idioto – wykrzyczała mi do ucha.
Na czele pochodu szły najbardziej na czarno ubrane kobiety, jedna z nich przez megafon krzyczała:
 – Jesteśmy przeciw… – megafon zaskrzeczał i nie zrozumiałem, przeciw czemu ale wszystkie kobiety jak jeden mąż.. tzn. jak jedna żona chyba, zaczęły skandować:
 – Przeciw!!! Przeciw!!! Przeciw!!!
 – A przeciw czemu, bo nie dosłyszałem? – spytałem jedną z nich i od razu poczułem na sobie groźne spojrzenia.
 – A jak myślisz? – warknęła.
I po co tak warczeć, jak można po prostu odpowiedzieć.
 – Myślę, że same już nie wiecie, przeciw czemu ten protest. – odpowiedziałem dodając – Ot, chcecie sobie w modnych czarnych ciuchach pospacerować po ulicach…
Nie zdążyłem dokończyć a już zostałem zwyzywany od bezmózgów, idiotów, debili i seksistów. Z tym ostatnim całkowicie się zgadzam, pozostałe do dyskusji. Niedane mi jednak było podyskutować. Ubrane na czarno wypchnęły mnie z marszu a ja widząc, że niektóre chcą mi fizycznie wytłumaczyć, jakim jestem debilem salwowałem się ucieczką. Przebiegłszy dwie ulice trafiłem na plac, na którym znowu tłum, tym razem bardziej kolorowy. W pierwszej chwili myślałem, że to zgromadzenie moherów od toruńskiego radia, ale dostrzegłem transparent z napisem: KOD, a na prowizorycznej trybunie człowiek z kucykiem i w okularach mówił do mikrofonu o ich koledze, który nie wie jak żyć za 2000 złotych. Ech – pomyślałem – pewnie złodziej jakiś albo głupi, przecież już pani Bieńkowska stwierdziła, że zarabiając poniżej 6000 nie da się uczciwie żyć. KOD to nie moja bajka, więc szybko się stamtąd oddaliłem. Ale w tych czasach ciężko nie trafić na jakiś protest.
>zolte-papiery-kawaly-maly
>
Znowu wmieszałem się w jakiś marsz.
 – Pogubiłem się nieco – zagadnąłem pierwszą z brzegu osobę – przeciwko czemu ten marsz?
Tu w przeciwieństwie do kobiet na czarno ubranych, ludzie uprzejmiejsi, bo zaczęli mi spokojnie wyjaśniać, że zagrożona jest niezawisłość sędziów w naszym kraju. Marsz raczej skromny, ale za to uczestnicy bardzo mili, zaczęli mi się przedstawiać: prezes sądu jakiegoś tam, wiceprezes sądu… takiego, innego itd. a jedna pani rzeczowo tłumaczyła, że skandalem jest i totalnym zagrożeniem praworządności żądanie od sędziów oświadczeń majątkowych a w ogóle to życie w mieście jest drogie a za 10 tysięcy to sobie można, co najwyżej na prowincji mieszkać. Pokiwałem głową ze zrozumieniem i dodałem: i to jeszcze skromnie, czym zasłużyłem sobie na ogólny aplauz wśród maszerujących. Zawarłem kilka znajomości – może się przydać kiedyś w sądach i przeprosiwszy, że spieszę się na spotkanie poszedłem w inną stronę.
Jak się okazało, inna strona też była opanowana przez protestujących, tym razem kolorowo ubranych i nie wyglądali na moherów ani na KODowców. Trzymali wielki transparent z napisem: Stop dyskryminacji środowisk LGBT.
Podszedłem do jednego z protestujących:
 – Przepraszam, co to znaczy LGBT?
Spojrzał na mnie podejrzliwie;
 – To prowokacja?
 – Ależ skąd, ja naprawdę nie wiem.
Choć ciągle w jego oczach widać było nieufność to okazał się człowiekiem uprzejmym:
 – To skrót z angielskiego, co na polski tłumaczy się mniej więcej tak: lesbijki, geje, biseksualiści i transseksualiści.
 – Acha – zaczynałem rozumieć, tęczowe pochody i te inne, to dlatego tak kolorowo.
 – A o co chodzi w tym marszu? To znaczy, o co walczycie? – spytałem.
 – Żeby nas nie dyskryminowano.
 – A jak was dyskryminują?
 – Bardzo – krótko i rzeczowo odpowiedział.
 – A jak bardzo? – próbowałem dopytać o szczegóły.
 – Bardzo, bardzo – usłyszałem odpowiedź.
Zrobiłem zbolałą minę, co miało oznaczać, że bardzo im współczuję, podziękowałem za wyjaśnienia i poszedłem już do domu.
>
 – A mnie się podoba taki jeden marsz – odezwał się Staś, kiedy wróciłem już z wojaży po mieście.
 – Jaki marsz? – zaciekawił mnie.
 – Teraz marzec to zimno jeszcze, ale jak będzie ciepło to będzie marsz szmat.
Popatrzyłem na Stasia z politowaniem:
 – Ale tam kobiety chodzą poprzebierane za puszczalskie, za takie lekkich obyczajów, nawet roznegliżowane nieco…
 – No – Staś potwierdził, że wie o tym i z rozmarzoną miną dodał – Na gołe cycki można popatrzeć.
>opowiedzial-dowcip-smiechem-wykonczyc-maly

KARNAWAŁ

(Głos Pruszkowa 02/2017)
>
>
                    Karnawał
>
>
Jak karnawał to… bal. Zaproszenie znalazłem w skrzynce pocztowej wśród mnóstwa innych reklam: „Bal karnawałowy osobliwości – bądź i ty”, data, adres, godzina i co najważniejsze: bez opłat. Wziąłem cylinder i frak, tzn. taką marynarkę z długimi połami – dziś już niemodna – spokojnie za frak może uchodzić i w drogę. Piata aleja, czwarta ulica, trzecia brama – dziwny to adres, mroczna okolica, ale już słychać muzykę. Przy wejściu rosły ochroniarz zastąpił mi drogę:
– A maska gdzie? – spytał groźnie spoglądając.
– A to bal maskowy? – zdziwiłem się.
– A jak myślałeś? – odparł zadowolony z siebie i dodał – To prawdziwy bal, taki karnawałowy w maskach a nawet w przebraniu.
Wyciągnąłem z torby czarny cylinder i założywszy go na głowę spojrzałem na niego z ukosa. Ochroniarz jednak pokręcił głową:
– Ale maska…
Nie zdążył dokończyć, bo skrzywiłem się tak, jak ludzie krzywią się na Kaczyńskiego i Trumpa a z przymrużonych oczu widziałem jaśniejącą twarz ochroniarza.
– A to trzeba było tak od razu – rzekł rozpromieniony otwierając przede mną drzwi – Witamy w Salonie.
Ledwie wszedłem a już zaczepił mnie jakiś gość w okularach i z kucykiem na głowie, cały obwieszony fakturami.
– Panie, ja muszę kandydować i wygrać, ja mam takie długi, że mi jeszcze dwa lata potrzeba żebym je spłacił – tłumaczył – Pan rozumie, prawda?
Kiwnąłem pojednawczo głową i odszedłem, bo nie interesowały mnie jego długi, ani to czy kandyduje i dlaczego – co mnie to obchodzi?
Muzyka snuła się łagodnie po całym Salonie i wszystkich jego zakamarkach. Jakiś młody człowiek wszedł na krzesło i śmiejąc się opowiadał zebranym wokół niego:
– Muzyka łagodzi obyczaje a marszałek o tym nie wiedział.
– Głupi dowcip – usłyszałem za sobą – Sam tego nie wymyślił.
– Przecież to popularne powiedzenie – odpowiedziałem odwracając się.
– Napisaliśmy mu to na kartce – machnął ręką mój rozmówca, który wyglądał jak Znany Grzegorz – kupiliśmy ten tekst od pewnego kabareciarza.
– Nie wiedziałem, że kabareciarze piszą teksty politykom – zdziwiłem się.
– Niektórzy tak. Nam napisał nowy program – powiedział Znany Grzegorz i dodał zafrasowany – Niestety sondażownie się chyba na nas uwzięły, zamawiam w kolejnych firmach a sondaże zamiast rosnąć, spadają.
>Horoskop dla krola
>
Przypomniałem sobie ten program partii – nieźle się wtedy uśmiałem. Chciałem mu o tym powiedzieć, ale Znany Grzegorz z zafrasowaną miną już sobie poszedł.
– Czy nie mogłoby być jak było? – usłyszałem a kiedy przyjrzałem się osobie, która to powiedziała to wydawało mi się, że skądś ją znam. Czy ona nie robiła filmu o zabiciu księdza?
W oddali dostrzegłem człowieka otoczonego wianuszkiem kobiet o każdej urodzie, od najbrzydszych po najpiękniejsze. No oczywiście, przecież to Ryszard, lider wszystkich liderów. Podszedłem bliżej i usłyszałem jak lider wszystkich liderów tłumaczy zgromadzonemu wokół niego tłumkowi kobiet:
– Absolutnie prywatnie poleciałem na Maderę, ale naturalnie w służbowych sprawach, prawda Asiu? – zwrócił się do tej najpiękniejszej oczekując potwierdzenia i oczywiście się nie pomylił. Najpiękniejsza wpatrzona w Ryszarda ochoczo kiwnęła głową posyłając mu ukradkiem całusa. Pozostałe już tylko wzdychały na znak, że pojmują każde słowo lidera wszystkich liderów.
No cóż, przy Ryszardzie nie mam żadnych szans, a przecież luty to również walentynki.
– Nie wierzy pan w siebie, nie lubię takich ciamajdanów – damski głos prowokacyjnie szepnął mi do ucha.
Spojrzałem na nią i niemal krzyknąłem zaskoczony:
– Mucha?!
– Tylko nie po nazwisku – obraziła się, albo to był tylko foch, którego nie rozpoznałem.
– Mucha na nosie pani usiadła – uściśliłem rozbawiony jej fochem – A ciamajdan to był w sejmie zamiast majdanu – wytknąłem na koniec.
Obraziła się chyba na dobre, bo uniosła dumnie głowę i odeszła. I dobrze – nie była w moim typie.
– Co za cham – naszą wymianę zdań skomentowała jakaś blondynka w okularach – dostało to pincet plus i się na salony pcha jak śmierdzące grubasy latem na sopocką plażę.
– A pani na Maderę nie chciała lecieć? Czyżby pachnący lider wszystkich liderów pani nie odpowiadał? – zripostowałem.
– Lecę gdzie chcę… – chyba się z lekka zapowietrzyła i być może chciałaby cos jeszcze powiedzieć, ale mnie to już nie interesowało.
Moją uwagę zwrócił Wielki Były, człowiek legenda, trzecia część tryptyku Wajdy, który sam jeden wstrzymał komunę – ruszył demokrację. Tłumaczył komuś:
– I ja mu mówię, chłopie, weź ty se siódmego dnia odpocznij…
Parsknąłem śmiechem na dobre. Obok mnie stał ktoś w masce i też zanosił się śmiechem. Śmiał się nawet głośniej ode mnie i to już mnie tak bardzo nie śmieszyło. Przestałem się śmiać i zacząłem uporczywie na niego patrzeć a on nie zważając na mnie, śmiał się mi prosto w twarz. Próbowałem odgadnąć, kim jest, niestety jego maska nikogo nie przypominała.
– Zdejmij tę maskę, bo nie wiem, kim jesteś – powiedziałem do niego groźnie.
Zdjął maskę zanosząc się śmiechem:
– No, co ty? To ja, nie poznajesz?
– Stach? Ty tutaj? – teraz i ja się zacząłem śmiać.
– Wreszcie i ja dostałem się na salony – odpowiedział ciągle się śmiejąc.
– By wypełnić Salon, to teraz każdego już wpuszczają.
Staś popatrzył na balujących i powiedział:
– Chodźmy stąd, tu sami przebierańcy.
Założyłem cylinder i skierowałem się do wyjścia a Staś za mną – to chyba nie jest nasz bal.
>przysiega-pod-przymusem

Kolejny Rok

(Głos Pruszkowa 01/2017)
>
>
                 Kolejny Rok
>
>
I po Nowym Roku. Szaleństwa nie było – Nowy Rok od lat witany na smutno.
Staś skarcił mnie pytającym wzrokiem:
– Dlaczego na smutno?
– Bo co roku starszy jestem o kolejny rok! – wrzasnąłem na Stasia aż ten się skurczył do rozmiarów małego skrzata i podsumowałem:
– To, z czego mam się cieszyć?!
Staś wzruszył ramionami i odpowiedział nieśmiało:
– No, że zabawa była, było, co wypić…
– I co mi z tego?!!! – wybuchnąłem – Jak lata lecą coraz szybciej i każdy kolejny rok krótszy od poprzedniego i jak tak dalej pójdzie to w miesiąc 10 lat przybędzie!
Po chwili ciszy Staś odważył się odezwać:
– To ile ty masz lat?
– 40 – padła szybka odpowiedź.
– Ile? – nie dowierzał zdziwiony Staś.
– 40 plus – odpowiedziałem.
– Plus ile? – dociekał Staś.
– A co się tak do mnie przyczepiłeś?!!! A nie interesuj się!!! – wrzasnąłem tak głośno, że chyba wszystkie Stasie na tym świecie usłyszały żeby nie interesować się moim wiekiem.
Staś zamilkł. I dobrze, bo głupie pytania zadawał.
>Figa-wrozka
>
Niestety zamilkł tylko na chwilę i najwyraźniej ta chwila już minęła:
– No to młody jesteś i piękny, dziewczyny lecą na ciebie jak misie do miodu…
Misie do miodu, ależ ten Staś ma porównania i wyobraziłem sobie jak taka niedźwiedzica zaczyna na mnie lecieć, a ja, co sił w nogach…
– …piękny, przystojny, jak Apollo…
Staś mówił jak automat a ja zacząłem się zastanawiać czy Apollo miał mięsień piwny? Może miał, przecież w starożytnej Grecji piwo już było, tylko bez chmielu.
– …elokwentny, wygadany i mądry a tacy faceci mają wzięcie u kobiet największe…
Przecież elokwencja to właśnie wygadanie. Wszystko jedno, ani z elokwencji, ani z wygadania pieniędzy nie ma, co mi z takiej mądrości.
– …i oczy, spojrzenie wręcz uwodzicielskie, kobiety mogą topić się w piwnej barwie twojego spojrzenia. – Staś chyba skończył wreszcie to panegiryczne zdanie.
Połechtał jednak na tyle, że kiedy zobaczyłem przechodzącą młodą piękną dziewczynę, zagadnąłem do niej używając modnego slangu:
– Hej mała, rąbek u spódnicy ci się odwala – taki żart, bo przecież była w spodniach. Dziewczyna zatrzymała się jednak i z niedowierzaniem spojrzała w moim kierunku. Może rzeczywiście jest tak jak Staś mi mówił. Dodałem więc:
– Zaczaj bazę, elo jestem – nie byłem pewny, czy nie pomieszałem zwrotów.
Podeszła nieco bliżej i patrząc mi prosto w oczy wypaliła:
– Skitraj się stary spaszteciały dziadu. Masz kose bez kitu. Ja dla ciebie za dżolo dziunia jestem. Zrób se selfi, będziesz miał niezłą beke z pokemona. A ode mnie to możesz dostać na garba, bo ja się z tobą waflować nie będę. I żadna fura ani siano mnie do takiego wapna nie przyciągnie. Idź dziadek w bambosze do swojej jamy, zamknij jadaczkę, bo suchary ci wychodzą i nie jaraj się jak łysy do talerza.
(tłumaczenie: schowaj się tatusiowaty obrzydliwy dziadzie. Masz naprawdę problem. Ja dla ciebie zbyt piękna dziewczyna jestem. Spójrz w lustro i sam z siebie się pośmiej, jaki jesteś brzydki. A ode mnie to możesz dostać porządny ochrzan, bo ja się z tobą kumplować nie będę. I nawet najlepsze auto ani żadne pieniądze mnie do takiego starca nie przyciągną. Idź stary odpocząć do swojego domu, nie mów nic, bo ci żaden dowcip nie wychodzi i nie podniecaj się tak)
Odchodząc krzyknęła jeszcze do mnie:
– I bronka sobie pilnuj. (tłumaczenie: wypij sobie piwo – pilnuj mięśnia piwnego)
Dała do wiwatu. Popatrzyłem znacząco na Stasia. Całe to jego kadzenie to jedno wielkie wciskanie kitu. Staś się nieco zmieszał, ale po chwili odpowiedział:
– Droczy się – i dodał z nieco większą pewnością – Baby tak mają, nigdy na początku nie chcą przyznać, że im się facet podoba.
No, pomyślałem, nie ma to jak pozytywne myślenie na Nowy Rok.
>
>
Kijowski-pcha-sanie

Prezentów nie będzie

(Głos Pruszkowa 12/2016)
>
>
        Prezentów nie będzie 
>
>
Gdzieś na północy kraju, pod litewską granicą, szliśmy po kolana w śniegu.
– Też ci się zachciało grudniowych augustowskich nocy – warknął Staś.
Śmiesznie wyglądał: śnieg oblepiał go mniej więcej do pasa i wyglądał jak czarno-biały klaun w czapce z pomponem. Kto dzisiaj nosi takie czapki? Mimo woli roześmiałem się.
– A ty się jeszcze śmiejesz – Staś był wyraźnie zły.
Zatrzymał się, sięgnął za pazuchę i wyjął małą piersióweczkę. Odkręcił korek, łyknął dwa razy i podał mnie. Zrobiłem jeden głębszy haust.
– To gdzie ten twój kumpel, co podobno czeka na nas z wigilią? – spytał sarkastycznie Staś.
Wzruszyłem ramionami, ale widząc marsową minę swojego towarzysza wskazałem dłonią na rozciągający się przed nami bezkres pól, dolin i lasów pokrytych białym puchem.
– Gwiazdka już dawno wzeszła – zauważył Staś spoglądając w niebo – wigilia przeszła nam koło nosa.
– Może nie – odezwałem się wreszcie – chmury na niebie, gwiazd nie widać, będzie śnieżyło.
I jak za dotknięciem różdżki z nieba zaczął prószyć mały szklisty śnieżek.
– Też mi pocieszenie. – odezwał się Staś – Ciemno jest, późno już. Wiesz chociaż, która to godzina?
Nie nosiłem zegarka, ale sięgnąłem po telefon.
– Bateria padła.
– No właśnie – Staś się zatrzymał – Ani zegarka, ani telefonu tylko śnieg i nic.
Miał rację, już wcześniej zasypało i drogi i ścieżki, tylko śnieg i my.
Staś ruszył, ale tym razem ja stanąłem, bo wydawało mi się, że coś dzwoni… Telefon? Nie, przecież ja mam melodyjkę, a i tak bateria padła.
– Staś! – krzyknąłem – Słyszysz?
Staś obejrzał się na mnie ze zdziwioną miną.
– Dzwonki! Dzyń, dzyń, dzyń, słyszysz? – dzwonki było słychać coraz wyraźniej.
– W uszach ci chyba dzwoni! – odwarknął Staś, ale też się zatrzymał nasłuchując.
I nagle zerwał się wicherek a tuman śniegu zakręcił się wokół nas i zobaczyliśmy renifery. Jeden, dwa, cztery i przypięte do nich sanie.
– O rzesz, to chyba już Syberia – jęknął Staś.
– Raczej Laponia – dodałem widząc, że na saniach siedzi brodaty człowiek ubrany w czerwony kubrak.
– Łap stopa, to nasza szansa! – krzyknął do mnie Staś i wystawił kciuk do nadjeżdżającego zaprzęgu, mniej więcej tak jak łapie się autostop.
Brodaty ściągnął lejce i z piskiem płóz zatrzymał się przed nami.
– A kto wy jesteście? – brodaty z niedowierzaniem patrzył na nas.
– Ja Staś, a to mój kumpel. – wskazał na mnie – A ty, kto?
– Mikołaj – odpowiedział zdziwiony – A co wy, Mikołaja żeście nigdy nie widzieli?
Popatrzyliśmy na siebie nieco zbici z tropu, ale Staś szybko się ogarnął:
– Jak dzieckiem byłem, to taki przyniósł mi prezent pod choinkę. Dostałem wtedy wełniane skarpety na zimę.
Mikołaj pokraśniał z zadowolenia widząc, że rozumiemy, kim jest. Staś mówił dalej:
– Wszystkie dzieci dostały wtedy koparki, samochody, karabiny a ja jakieś porąbane skarpety – wycedził Staś.
Mikolaje-ciagna-sanie
Mikołaj szybko odpowiedział:
– Skarpet nie mam. To wszystko w tych workach – wskazał na worki leżące na saniach – to na życzenie. Co kto chciał to ma.
– A to, dlaczego wtedy nie dostałem tego, co chciałem? – atakował Staś.
– Wtedy to, co innego. – żachnął się Mikołaj – Wtedy to komuna była. Kazali nam takie rzeczy robić, że aż mi teraz wstyd. Straszyli, że Rudolfa zabiją – wskazał na pierwszego renifera – i musiałem robić, co mi każą. – nachylił się do nas i zaczął wyjaśniać – Chcieli mnie jakimś dziadem mrozem zastąpić. Ale jaki tam mróz? Przecież każdy wie, że globalne ocieplenie idzie. Taka była obłuda.
Ocieplenie, ociepleniem, jednak mróz nam nosy trochę szczypał. Mikołaj zdawał się tego nie zauważać.
– A wy wiecie skąd ja musiałem zabawki wtedy wozić? Przemycać musiałem i to skąd? Od ruskich! Bo u nas tylko skarpety i to nie zawsze. Bo zawsze to tylko ocet był i gorzała na mecie. Ale przecież tego dzieciom nie dam pod choinkę. A teraz to, co innego. Teraz wszystko wedle życzenia.
– Wedle życzenia. – zamruczał Staś – Dobra Mikołaj, posuwaj się, wchodzimy na sanie, zawieziesz nas.
– Ale, ale – zaprotestował Mikołaj – renifery ledwie dyszą, a jak wy wsiądziecie to już nie uciągną. Nie ma mowy.
– To wysiadaj – zakomenderował Staś – pójdziesz pieszo, my pojedziemy.
– Co wy – roześmiał się Mikołaj – wy nie umiecie tym sterować. Renifery nigdzie beze mnie nie pojadą.
– To zwalamy worki, a ty pojedziesz tam gdzie ci powiemy.
– Ale to prezenty, dla dzieci wiozę. No święta bez prezentów?
Staś już sięgał po worek, ja za drugi i nie pomagały lamenty Mikołaja, że dzieci biedne.
Jeden z worków rozwiązał się i na śnieg wysypały się prezenty. Ale dziwne to były prezenty. Na śniegu leżały damskie pantofle na bardzo wysokim obcasie, paczki pończoch kabaretek, czerwone podwiązki, gorsety, stringi, jakieś maści i żele chyba na pobudzanie, flakoniki z feromonami, różowe kajdanki, jakieś kuleczki, packi, korki…
– I to wszystko dla dzieci? – Spytałem z przerażeniem.
– Oj, – jęknął Mikołaj – przecież wszyscy jesteśmy dziećmi. To dla takich trochę starszych dzieci.
– Jakich!? – warknął Staś.
– No, może być nawet dla takich jak wy i ja – tłumaczył Mikołaj.
– Dobra, zwalamy wszystko! – krzyknął Staś i resztę worków wywaliliśmy z sań, sami wchodząc na ich miejsce.
– Ale to prezenty, dla ludzi na święta – tłumaczył Mikołaj – żeby się cieszyli, żeby mieli radość z życia – a widząc nasze niewzruszone miny powiedział stanowczo – Nigdzie nie jadę. Bez prezentów nie jadę.
Staś złapał go za kaptur:
– Jedź i to zaraz, bo ci tak zakapturzę, że cię nawet rodzony Rudolf nie pozna – po czym wyrwał Mikołajowi lejce i chciał krzyknąć, lecz spojrzał na mnie:
– Jak się na renifery mówi, żeby jechały?
– Chyba jak na konie: wio – odpowiedziałem.
– Wiooo renifery!!! – wrzasnął a widząc oglądającego się pierwszego renifera Staś krzyknął do niego – A ty Rudolf, nie kombinuj tylko jedź, bo przerobię cię na grilla z dziczyzny!
Sanie powoli ruszyły i coraz szybciej… w tyle zostawiając worki z prezentami.
– Wioo renifery!!! – Krzyczał Staś – W tym roku prezentów nie będzie! Wiooo!!!
>
zaZdrowie

Do ciepłych krajów

(Głos Pruszkowa 11/2016)

>
             Do ciepłych krajów
>
>
W kraju zimna pora roku zbliża się wielkimi krokami. Deszczowo, dżdżysto, mokro i coraz zimniej. Złota jesień gnębi nas w nieprawdopodobnej brzydocie. I smutno. Nic dziwnego, że o smutnej porze, smutne mamy święta. Bo czyż radosne mogą być wspomnienia o zmarłych 1 listopada? I jaka to radość z wybuchu powstania 29 listopada, które przegrało, bo przegrać musiało? A 11 listopada? Z czego tu się cieszyć? Z zaledwie 20 lat wolności? Tak, więc jak tylko kogoś na to stać, kupuje bilet na samolot i leci do krajów, co najmniej cieplejszych. Mniej zamożni odwiedzają kraje o starożytnych kulturach, w których o 5 rano budzi muezin nawołując do modlitwy. Średnio zamożni jeżdżą do krajów równie ciepłych, choć bliżej położonych, takich jak Grecja, Chorwacja, Cypr, Hiszpania lub jej wyspy: Majorka czy Teneryfa. Nieco zamożniejsi wybierają bardziej egzotyczne miejsca: Indie, Chiny, Tajlandia lub za oceanem: Kuba, Meksyk, Peru. A jeszcze bogatsi lecą do południowych stanów USA.
* * *
Samolot równo wystartował. Żadnych niespodzianek, wszystko o czasie. Odprawa zgodnie z planem. Nikt nie zapomniał bagażu – nie ewakuowano lotniska. Wszystko było tak wzorcowe, że aż podejrzane. Zabujało samolotem w powietrzu, ale stewardessa szybko wszystkim wyjaśniła, że to pilot pomachał skrzydłami na pożegnanie.
– Na pożegnanie? – spytałem z przerażeniem.
– Nie, no, to tylko tak, na do widzenia – tłumaczyła, ale jakoś tak mało przekonująco. Ciekawe, jakiego pilot jest wyznania, jednak patrząc przez okno na oddalający się Las Kabacki nie byłem pewny czy chcę to wiedzieć. Jaka to w końcu różnica czy samolot zetnie wszystkie dęby na swojej drodze czy zatrzyma się na żelaznej brzozie, czy pilot wierzy w Allaha i niestraszna mu śmierć, czy jest niemieckim ateistą nieszczęśliwie zakochanym – efekt ten sam.
– A pan widział te okna? – spytał mnie współpasażer siedzący obok.
Okna jak okna, okrągłe, jak to w samolocie – wzruszyłem ramionami.
– Okrągłe – powtórzył znacząco moje myśli – i nie maja klamek.
Skrzywiłem się, po co im klamki, kto by okna w samolocie otwierał.
– I w drzwiach też nie ma klamki – rozejrzał się znacząco.
Wyjrzałem zza siedzenia – rzeczywiście, klamek nie ma. Tylko, co komu po klamce w drzwiach, skoro w czasie lotu i tak nikt nie wyjdzie. Rozmówcy okazałem taką dezaprobatę, że skrzywił się, zmarniał, skurczył i skundlił i tylko czasem łypał podejrzliwym spojrzeniem. Na jakiś czas miałem z nim spokój. Mimo wszystko to zastanawiające, że nie ma klamek…
Podeszła stewardessa o śródziemnomorskiej urodzie. Spytała o kanapki napoje i takie tam. Coś tam mówiła, ale nie bardzo słuchałem, bo akurat koniec jej firmowej spódnicy znalazł się na wysokości moich oczu. A że spódnica była bardzo, bardzo mini to przykuła moją szczególną uwagę. Stewardessa to zauważyła:
– Pan mnie molestuje – i jej głos wcale nie był zalotny, ani nie było w nim ironii, raczej suche sądowe albo prokuratorskie stwierdzenie a nawet oskarżenie.
– Skoro się nosi takie spódnice to trudno nie spojrzeć – odpowiedziałem próbując sobie przypomnieć, jaki to przewoźnik, bo jeśli nasz rodzimy LOT to mógłbym próbować jakiegoś flirtu, ale u innych przewoźników może to grozić nawet więzieniem.
– Pan mnie obraża – stwierdziła dość hardo – w moim kraju to karalne.
– A z jakiego pani jest kraju? – trochę się wystraszyłem
– Jestem muzułmanką… – i chciała jeszcze coś powiedzieć na szczęście odzyskałem rezon i przerwałem jej:
– W takim razie powinna pani mieć zakryte nogi, zakryte włosy a najlepiej zakrytą twarz. Obraża pani Allaha.
Stewardessa spurpurowiała ze złości, co zresztą wyglądało nieco śmiesznie na jej śniadej twarzy.
– To jawna dyskryminacja – wypaliła – ze względu na religię – dodała.
Dobra, dobra – zamachałem rękami na znak, że mam jej już dosyć i nie chcę żadnych kanapek ani napojów choćby, dlatego że nie miałem na to pieniędzy a jej śródziemnomorska uroda wcale nie powalała. Muzułmański babsztyl jednak nie dawał za wygraną:
– Jak wylądujemy, to odpowiedni islamski sąd się z panem policzy.
– A gdzie lądujemy? – spytałem z nutką niepewności.
– w Dubaju proszę pana – odpowiedziała czując, że jest górą i odeszła.
O kurczę, to Zjednoczone Emiraty Arabskie… no trochę mi ciarki po plecach przeszły.
>
Ptak do samolotu
>
Poszedłem do łazienki. Znalazła się klamka w drzwiach, choć trudno to nazwać klamką, takie jakieś pokrętło. Usiadłem na klozecie i nagle szarpnęło samolotem tak, że o mało z niego nie spadłem. Z pokładowego głośnika usłyszałem, że to turbulencje i że potrwają jeszcze kilka minut i że to absolutnie normalne w tej fazie lotu. Zaczęło bujać i trząść samolotem, że odechciało mi się wszystkiego. Inni być może dostaliby sraczki, ja dostałem zatwardzenia. No, bo jak tu się załatwiać, skoro nie wiesz czy czasem cały ten klozet nie znajdzie ci się na głowie. Wyszedłem jak ustały turbulencje i dosiadłem się do gościa, który siedział w ciekawym mundurze.
– Fajny mundur – zagadnąłem – lotniczy?
– Hmm – potwierdził skinieniem głowy i dodał z dumą w głosie – jestem pilotem.
– Pilotem tego samolotu? – spytałem licząc, że zaprzeczy, ale on znowu potwierdził.
– To, kto jest za sterami? – nie wierzyłem, że to się dzieje naprawdę.
– Autopilot – i na potwierdzenie wyjął z kieszeni coś, co przypominało pilota do telewizora.
– I tym można sterować? – nie dowierzałem, ale pilot znowu przytaknął i na dowód pokazał, że jak kliknie w lewy przycisk to… samolot ostro przechylił się w lewo, prawy przycisk – przechylił się w prawo, dolny – lecimy w dół.
– To może w górę – szybko powiedziałem.
– No to w górę – wbiło nas w fotel, czułem, że lecimy ku gwiazdom.
– Lecimy do Dubaju? – spytałem po wyrównaniu lotu.
– Nieee, do jakiego Dubaju – zdziwił się pilot.
– To całe szczęście, bo mnie stewardessa islamskim sądem straszyła
– Spokojnie, do Hurghady lecimy – odpowiedział pilot a ja szybko przeszukałem swoje zasoby wiedzy i wyszło mi, że Hurghada jest w Egipcie, też kraju muzułmańskim. Z pilotem już jednak nie mogłem pogadać, bo poszedł do kabiny.
Usiadłem na swoim miejscu. Znajomy od klamek nachylił się do mnie i szepnął:
– Widział pan tego na końcu?
Wychyliłem się, na końcu jak na końcu – jakiś gość.
– To Arab – stwierdził
– No to, co? Przecież do Egiptu lecimy.
– Ale proszę zobaczyć, jaki on gruby.
He, też mi coś, jakbym nie widział grubego Araba – w sumie to nie widziałem.
– Gruby, bo ma pas szahida – wyjaśnił – Wie pan, co to jest?
Wiedziałem, to pas, do którego przytwierdzony jest materiał wybuchowy, zakładają go islamscy samobójcy. Postanowiłem, że pójdę do tego Araba i sprawę wyjaśnię.
– Cześć szahid – zagadnąłem.
– Jestem Ahmed – odpowiedział a ja pomyślałem sobie, że jak każdy Niemiec to Helmut, każdy Rosjanin to Iwan tak każdy Arab koniecznie musi być Ahmedem.
– A gdzie szahid?
– A tu – odpowiedział i rozpinając swoja koszulę pokazał mi pas najeżony laskami dynamitu.
– A wiesz, że do Dubaju lecimy? – trochę go oszukałem, ale przecież też kraj islamski.
– Jak? – zdziwił się – do Tel Awiwu przecież.
Stanowczo pokręciłem głową i kazałem mu sprawdzić w rozkładzie lotów. Sprawdzał z kilka minut, wreszcie stwierdził:
– Rzeczywiście. To, co ja teraz zrobię?
– To proste, w Dubaju przesiądziesz się na lot do Kairu, z tamtąd do Tunisu, potem do Madrytu i do Berlina, później przez Bukareszt do Aten i już prosta droga do Eljatu.
– No a Tel Awiw? – spytał zdziwiony.
– Podjedziesz autobusem – a widząc jego aprobatę dodałem wskazując zapalnik przy pasie szahida – tylko uważaj, bo 70 dziewic się na ciebie pogniewa.
– E… spoko, nieuzbrojone jeszcze – uspokoił mnie.
– No i jak? – spytał mnie ten od klamek, kiedy wróciłem na swoje miejsce.
– Załatwione, dolecimy cali i zdrowi.
– A jak się pomyli? – klamkowy nie dawał za wygraną.
– Ja wziąłem spadochron na wszelki wypadek, a pan?
Współpasażer znowu się skurczył, zmarniał i skundlił i tylko usłyszałem cieniutki pisk:
– Zapomniałem.
Wylądowaliśmy w Palermo. Nie wysiadłem – miałem na pieńku z mafią.
>

FILM

(Głos Pruszkowa 10/2016)
>
>
                        FILM
>
>
– No wreszcie poszedłem – odezwał się Staś przepiwszy piwem.
Spojrzałem na niego pytająco.
– Do kina poszedłem – wyjaśnił.
Wzruszyłem ramionami dając mu do zrozumienia, że nie wiem, o jakie kino mu chodzi. Jak dobrze pamiętam w Pruszkowie nie ma już żadnego kina. Najwyraźniej pruszkowianie przenieśli się do kin domowych. Oglądają filmy z płyt CD lub na płatnych kanałach telewizyjnych – na tych bezpłatnych raczej nie ma nic do oglądania. I pomyśleć, że przed wojną w Pruszkowie były, co najmniej dwa kina: „Metro” i „Oświata”. W pierwszym dziś są sklepy, między innymi ogrodniczo-podobny a po drugim nie pozostał już nawet kamień na kamieniu, choć wybudowany w drugiej połowie lat trzydziestych dwudziestego wieku, ze składek Związku Zawodowego Kolejarzy – był Domem Kultury Kolejarza. Dzisiaj kolejarze kultury już nie potrzebują. Po wojnie uruchomiono w Pruszkowie jeszcze jedno kino: „Mechanik”. Mieściło się w budynku Fabryki Obrabiarek – obecnie też już nic z tego budynku nie zostało. Buldożery z lubością niszczą świadectwa dawnej świetności.
– No przecież nie w Pruszkowie do kina poszedłem – wyjaśnił Staś – w Jankach byłem.
Rozłożyłem ręce w geście zrozumienia i kurtuazyjnie spytałem wiedząc, że oczekuje ode mnie, choć minimum zainteresowania:
– To film oglądałeś? – choć przyznać muszę, że nie bardzo mnie interesowała jego odpowiedź, bo i jaki film mógł Stasio oglądać? Western? Westerny teraz nie są w modzie. Coś z science fiction? Może „Gwiezdne wojny”? Z elementami fantasy? Może „Avatar”? Ale czy Stasia takie bajki ciekawią? Jeśli bajki to może jakaś kreskówka…? Nie mogłem sobie wyobrazić Stasia oglądającego z zainteresowaniem jakiś film. A może zwyczajnie nażłopał się piwa i wcale nie trafił do Sali kinowej.
Nim Staś zebrał myśli by odpowiedzieć, rzuciłem od niechcenia następnym pytaniem:
– A jakie piwo piłeś?
– Popcorn jadłem – zasyczał Staś widząc, że zaczynam sobie z niego kpić – a film oglądałem – dodał z naciskiem.
– A jaki? – spytałem utkwiwszy w niego wzrok, czekając na głupią odpowiedź, by parsknąć śmiechem.
Staś spojrzał na mnie z pogardą, wyprostował się i z patetyczną nutą w głosie wycedził:
– Smoleńsk.
>
pasażerowie spadochrony-maly
Tym mnie zaskoczył, śmiać mi się odleciało.
– No ja jeszcze tego filmu nie oglądałem – odpowiedziałem – jaki jest? Warto iść do kina?
– Nie warto – odpowiedział poważnie Staś.
Zdziwienie wymalowało się na mojej twarzy.
– Że dlaczego? Przeholowali z teoriami spiskowymi?
– Nie tam – Staś machnął ręką – to film bardzo niskobudżetowy.
– No to wszyscy wiemy, że pieniędzmi to raczej ten film nie grzeszył. Jak nie ma kasy to nadrabia się ciekawą intrygą, dialogami itp.
Staś spojrzał na mnie z dezaprobatą:
– Widocznie autor scenariusza płacone miał od ilości napisanych słów a że pieniędzy było mało to i dialogi krótkie, słów niewiele napisał w scenariuszu.
– Dialogi krótkie, ale może treściwe – próbowałem oponować.
– Aż za treściwe – uciął Staś – ja się nawet nie czepiam, jakości technicznej obrazu, wiadomo, brak kasy, ale żeby tak spartolić scenariusz…? Tyle czekania na film i taka klapa.
W geście pocieszenia podałem Stasiowi kolejne piwo.
– i nic ci się w tym filmie nie podobało?
Staś przepiwszy piwem zastanowił się i odrzekł:
– Ta aktorka… co grała główną rolę… Fido, chyba tak się nazywa, Beata Fido, intrygująca uroda… – Staś się rozmarzył i dodał jeszcze półgłosem – niesamowite oczy…
No to nie jest tak źle – pomyślałem – coś w tym filmie jednak jest: niesamowite oczy.
>
miales-byc-w-delegacji-maly

I po urlopie

(Głos Pruszkowa 09/2016)
>
                    I po urlopie
>
Od niepamiętnych czasów każdy urlop dzieli się na trzy fazy:  
pierwsza – totalne leniuchowanie, nie robienie nic i niczego, spanie po 25 godzin na dobę, oglądanie zaległych filmów, zajadanie się słodyczami i popijanie piwem, po prostu nic, jedno wielkie nic.  Ale po kilku dniach takiego totalnego niebytu zaczyna się nudzić i nadchodzi faza
druga – nieco bardziej zorganizowany wyjazd. Wszyscy mówią, że zmiana otoczenia wpływa na nas korzystnie, więc czy chcemy czy nie, tylko dla tej korzyści pakujemy się i wyjeżdżamy. I nieważne czy to będzie nad morzem w Grecji, czy w Chorwacji, czy nad Morzem Czerwonym… oj tam już nie, północna Afryka odpada, w końcu nie jedziemy tam po wysoki poziom adrenaliny. Kierunek wschodni też odpada, bo jak tu na przykład na Krym pojechać? Czy to trzeba mieć rosyjską wizę, czy wystarczy ukraińskie pozwolenie? Od biedy może być polskie Morze Bałtyckie, przynajmniej jest bezpiecznie lub jeziora mazurskie lub jakaś miejscowość podgórska. I nie muszą to być Alpy, tym bardziej, że francuskie zupełnie odpadają – Francja ogólnie zbyt niebezpieczna a w Niemczech coraz trudniej dogadać się po niemiecku. Mogą to być wczasy w domu wczasowym albo swojskie agrowczasy dla tych, którym tęskno do miejsc z dzieciństwa czy ekowczasy dla dorosłych harcerzyków, czyli wyprawa pod namiot. Ważne, żeby wyjechać, zmienić otoczenie i… nie robić nic, zupełnie nic, absolutnie i totalnie nic. A po powrocie z takiego wyjazdu, odreagowani, wypoczęci, cieszący się z tego nic nierobienia przychodzi do nas faza
Tylko wrocimy z Mazur
trzecia – zaplanowane od dawna remonty, naprawy i inne domowe robótki. A planowane od miesięcy, roku a czasem nawet od kilku lat. Wiadomo, jak się pracuje, to nie ma czasu, po pracy człowiek zmęczony, jedna sobota, to za mało a w niedzielę przecież nie wypada, bo to profanacja świętego dnia. Będzie urlop to, co innego – tłumaczysz wszystkim dookoła – będzie czas, nie jakiś jeden czy dwa dni, gdzie czasu ledwie starczy na rozstawienie narzędzi, ale cały urlop, że ho, ho, ile w tym czasie można zrobić.
No i przychodzi urlop i faza pierwsza – tłumaczysz się domownikom – że przecież musisz odpocząć, odespać, wreszcie opić się piwem, wyleżeć dowoli… Potem faza druga, no urlop i żeby tak nigdzie nie wyjechać? Toż wyjazd urlopem stoi.. tzn. odwrotnie… wyjechać trzeba i już – tłumaczysz poddenerwowany, pakujesz się i wyjeżdżasz byle gdzie, byle dalej od fazy trzeciej. I kiedy zapomniałeś już o wszystkim, dotleniony zapachami lata, słonej wody (to nad morzem) lub słodkiego jeziora (to na Mazurach) lub dopity okowitą (to na Podhalu) i wracasz wypoczęty, odreagowany, rozanielony, na progu twego domu czeka na ciebie… faza trzecia. To nic, że ty o niej zapomniałeś, ona o tobie pamięta i wszyscy w domu też. I nie pomaga tłumaczenie, że urlop do odpoczynku jest, że w zasadzie, to jest łamanie prawa, bo w urlopie przecież nie powinno się pracować. Takie tłumaczenia do nikogo nie trafiają, więc zmieniasz strategię – idziesz na przeczekanie, mówisz: no przecież dopiero, co wróciłem, dajcie odetchnąć. I mija dzień i chyba odetchnąłeś już – zauważają domownicy – na wyjeździe odpocząłeś, to masz siły i werwę i tylko ty wiesz, że po odpoczynku najlepszy dla organizmu jest następny odpoczynek i że żadnej siły ani werwy przecież nie masz. Zostaje już tylko ostatnia deska ratunku – dzwonisz do Stasia:
– Nie mam teraz czasu, robię remont łazienki – słyszysz w słuchawce i już wiesz, że twój najlepszy kumpel właśnie wbił ci nóż w plecy a twoi domownicy już argumentują, że nawet Staś wziął się za robotę i twoje ostatnie cztery dni urlopu poszło…
Malowanie ścian i sufitów, w łazience źle ścieka woda – trzeba zobaczyć, naprawić, zawiesić dwie półki, ale tak żeby współgrało z obrazem, który na razie stoi oparty o ścianę i żeby było miejsce na palmę. Pawlacz się naderwał i zawiasy w regale krzywe i kuchnia przecież… albo łazienka, bo już nie wiem, ale domownicy szybko przypominają, że i kuchnia i łazienka… Siadasz załamany – toż to prace na pół roku, co najmniej.
Przyglądasz się ścianom – jeszcze nie takie złe, po co malować, ale pokazują ci plamy – porobi się jakieś zaprawki, pomaluje może sprejem, będzie prościej? Że co? Sprej? – domownicy wybałuszają oczy – no, co – odpowiadasz – przecież maluje się graffiti sprejem – graffiti!? – słyszysz wrzask – tzn. murale są teraz modne – poprawiasz się natychmiast, ale na niewiele się to zdaje. Sufit? No tak, w rogu tynk odpada, tylko jak ja zatynkuje sufit, przecież to jest do góry nogami, jak cement może się trzymać do góry nogami to ja nie wiem. Może być gips – mówią – no dobrze, rozrabiasz gips, bielutki, alabaster, wchodzisz na krzesło – wysoko – to na stół. No i jak? Chlapnąć w ten sufit, czy jakoś tak? Na szpachelkę i w sufit i zadziałało nieubłagane prawo grawitacji i cały gips na mojej głowie. A to, czemu żeś czapki nie założył – mają ubaw domownicy. Ale się uśmiałem… cztery dni urlopu mi tylko pozostało i już gips na głowie, co jeszcze mnie czeka? Łazienka, zajrzałem pod umywalkę, woda nie ścieka, trzeba rozebrać. Jak rozkręciłem cały szlam chlusnął na mnie – ale syf. Przemyłem, wyczyściłem, skręcam, to jak veni, vidi, vici, ale tylko z pozoru. Odkręcam kran – taki test czy nie cieknie. No – uśmiechnąłem się – suche. Po chwili jedna kropla, druga, potem już ciurkiem jak strumień i pod jego naporem odpadł syfon. Dopadłem kran – teraz się już nie zakręca, teraz w bateriach jest dźwigienka, którą się przesuwa góra-dół (otwarte-zamknięte) lewo-prawo (zimna-gorąca) – przesuwam w dół i nic. Kran się zepsuł, woda leci, cała łazienka pełna wody, i lament domowników: coś ty zrobił, nic nie umiesz, nic nie potrafisz, zepsułeś zamiast naprawić, zakręć, bo sąsiadów zalejesz… gdzie tu się wodę odcina, gdzieś w pionie – szukam już cały mokry – jest jakiś kran, zakręcam, uf, udało się. Jednak lament nie ustawał: pralka działa, wyłącz pralkę, przecież bez wody się zepsuje. Pralka, jasne, jak to się wyłącza, dwa pokrętła, osiem przycisków, kręcę, naciskam i nic nie działa tzn. odwrotnie, nie chce się wyłączyć. Jestem już podwójnie mokry: nie dość, że woda z kranu mnie zalała to jeszcze się spociłem. Wtyczka – pralkę wystarczy odciąć od prądu, po prostu wyjąć wtyczkę – sięgam po nią i czuję jakby mi ktoś w rękę porządnego kopa przywalił, błysk, trzask i pralka wreszcie przestała działać. Nic nie działa! – słyszę od domowników – prądu nie ma, światła nie ma! Ale, po co światło, przecież dzień jest, widno przecież – próbuję się tłumaczyć, ale nie znajduję zrozumienia. I nawet smutno mi się zrobiło, prąd mnie kopnął i nawet nikt nie spytał czy żyję. Przecież widać, że żyjesz! – usłyszałem w odpowiedzi – prąd trzeba naprawić, bo nic nie działa. Bezpiecznik, trzeba włączyć – jest automatyczny. Stanąłem na stołku i chciałem włączyć bezpiecznik. Zaciął się? Może się zepsuł. Wykręciłem go – osmolony jakiś.
Bezpieczniki _porazenie (cd)
Zajrzałem w miejsce gdzie się wkręca bezpiecznik – też osmolone jakieś – chciałem wytrzeć i znowu błysk trzask, rękę mi odrzuciło, spadając ze stołka chwyciłem kinkiet pod sufitem, ale młodzieńcza waga dawno mi się już zwielokrotniła a kinkiet chyba nie był na to przygotowany. Ty miałeś remontować, nie demolować! – domownicy patrzyli na mnie, leżącego na podłodze z oberwanym kinkietem w ręku a wesoła melodyjka mojego telefonu dopełniała czarę goryczy. Z trudem sięgnąłem do kieszeni po komórkę.
– No cześć – usłyszałem głos Stasia – co u ciebie, ja właśnie kończę remont łazienki…
– Ty zdrajco – syknąłem tylko i wyłączyłem telefon.
Zostało mi jeszcze trzy dni urlopu.
>

CZAS BOHATERÓW

(Głos Pruszkowa 08/2016)
>
>
               CZAS BOHATERÓW
>
>
Jadąc na południe, na zasłużony urlop, przejeżdżałem przez Częstochowę. Nie sposób się tam nie zatrzymać i choć na chwile nie wstąpić na Janą Górę. Do zejścia się pielgrzymek z całej Polski było jeszcze kilka dni a na błoniach pod murami klasztoru już było mnóstwo ludzi. Na uboczu rozstawione stoły, na których podawano posiłek z kuchni polowej, na specjalnych podestach kilka kamer i krzątający się przy nich jacyś ludzie w firmowych koszulkach a dokoła gdzieniegdzie rozstawione barierki, za nimi dwa namioty – pewnie szykuje się jakaś religijna impreza. Nawet głośnik był, bo zabrzmiała z niego prośba, aby wszyscy ustawili się na swoich miejscach. Ja też? – zaśmiałem się – ciekawe gdzie ja mam swoje miejsce na tym świecie? Czy już je zająłem, czy dopiero do niego zmierzam? A gdybym chciał je zmienić, co miałbym zrobić? Zupełnie przypadkowi ludzie zaczęli krzątać się jak mrówki w poszukiwaniu swojego miejsca. Jedna grupa rozsiadła się na ziemi wokół kilku muzykujących na gitarach i zaczęli śpiewać pielgrzymkowe pieśni. Inni w drugim końcu niby to tańczyli niby kiwali się w rytm muzyki. Jeszcze inni stali w miejscu, ale jak tylko z zatrzeszczał głośnik, że zaczynamy to zamiast się uciszyć, zaczęli rozmawiać, chodzić bez celu, siadać lub wstawać a nawet modlić się. Tylko jeden z nich o nieco ciemniejszej karnacji stał w centralnym miejscu z wielką torbą, którą położył na ziemi i rozglądał się dokoła. Wyraźnie odróżniał się od pozostałych zajętych sobą, śpiewaniem, modlitwą. Ten z nikim nie rozmawiał i śpiew pielgrzymkowych pieśni też go nie interesował. Patrzył na zbrojne mury, które niegdyś powstrzymały protestancką nawałnicę, potem na ludzi śpiewających, tańczących, rozmawiających… Miał dziwne oczy, takie zimne aż ciarki po plecach przechodziły i ta jego torba, na której zatrzymał swój wzrok. Stałem od niego ledwie kilka metrów, też spojrzałem na jego torbę. A jeśli on tam ma bombę? – przebiegło mi przez myśl – ale nie, przecież takie rzeczy to nie u nas – sam się uspokoiłem. Sięgnął po nią i było w tym coś magicznego: on i cała reszta. Otworzył torbę zaczął wyjmować coś, co przypominało karabin, rosyjski kałasznikow – nawet się uśmiechnąłem nie dowierzając własnym oczom – kałasznikow tu, pod Jasną Górą? I nikt nie zwracał na to uwagi jakby to było najzupełniej normalne. A przecież to wszystko widać, nawet w tych kamerach i nikt nie reaguje? Widziałem jak przeładował. To jakaś zabawa? – przemknęło mi przez myśl – A co jeśli zacznie strzelać? Najpierw zobaczyłem błysk ognia z lufy karabinu, dopiero później dotarł do mnie huk wystrzału, ale jakiś taki przytłumiony. Strzelał krótkimi seriami. Jak w zwolnionym tempie widziałem upadających ludzi trafionych kulami. Co on robi, przecież go zabiją, są kamery, zaraz przyjedzie Policja i go zastrzeli. Ale nim przyjedzie ilu jeszcze zabije?
I w imię, czego zabija niewinnych ludzi? Wrzask, krzyk, panika, której nawet nie słyszałem tylko oczy widziały jak przesuwają się kadry filmu i zamarłe sceny jak w stopklatce i kolejni padający i ja… powinienem pewnie uciekać, ale niezdecydowanie zatrzymało mnie w miejscu. Już za późno, jak tylko odwrócę się do ucieczki jego kula mnie dosięgnie, patrzę więc jak inni uciekając padają pod gradem kul. I nagle zdałem sobie sprawę, że nie ucieknę już śmierci. I nawet się z tym pogodziłem: stary już jestem, swoje przeżyłem, wypiłem, co miałem wypić, najwyraźniej przyszedł na mnie już czas. A on? Pewnie wie, że też nie przeżyje. Kiedy w końcu przyjedzie Policja zastrzelą go jak psa, ale u swoich zostanie bohaterem. Jego imię będą wymawiać z należną czcią a on sam na tamtym świecie będzie pławił się w luksusach otoczony siedemdziesięcioma dziewicami… a najgorsze jest to, że on w to wszystko wierzy. I tylko ja zginę nikomu nieznany, po którym nikt nie zapłacze i nikt nawet nie wspomni. Bo i po co? Ani ze mnie znany człowiek, ani bohater… I nagle zachciało mi się, chociaż na koniec życia zrobić coś, po czym choć przez kilka dni świat będzie mnie pamiętał. Jest szansa by zostać bohaterem. Byłem od niego ledwie kilka kroków, mógłbym dopaść go, własnym ciałem zasłonić i powalić na ziemię, może uratuję innych. Przestrzeli mnie na wylot, to pewne – chwilę biłem się z myślami – ale przecież i tak mnie zabije, więc choć po śmierci zostanę bohaterem i pochowają mnie z honorami. I już ruszyłem do niego, jeden długi sus, drugi – jeszcze mnie nie trafił, jeszcze dwa kroki… Nasze oczy się spotkały, wycelował we mnie i widziałem ten mały błysk ognia z lufy automatu i tylko żal, że nie dożyję własnej sławy bohatera… Nawet nie wiem czy mnie trafił, nic nie czułem. Dopadłem go, powaliłem, kałach wypadł mu z rąk a ja okładałem go pięściami.
– Stać, stać!!! – usłyszałem z głośników, kilka osób odciągnęło mnie od napastnika.
– Co to jest?!!! Kim pan jest?!!! – wydzierał się nade mną jakiś śmieszny człowieczek w bejsbolówce na głowie – Kto go wpuścił na plan?!!! – człowieczek zerwał czapkę i lamentując próbował rwać sobie włosy ze swojej łysej głowy – aktora mi pobił, film przerwał, kto go tu wpuścił?!
Jakiś ochroniarz biegał za nim tłumacząc:
– Panie reżyserze, myśleliśmy, że to statysta…
– Jaki statysta?!!! – wydzierał się reżyser – zobacz, co zrobił z aktorem!!!
*     *     *
Siedzieliśmy na murku ze Stasiem. Wreszcie Staś się odezwał:
– Słabo to wygląda, wybiłeś mu dwa zęby i złamałeś nos. Musieli przerwać zdjęcia do filmu, ty wiesz ile to kosztuje? – i dodał – i tak dobrze, że odpowiadasz z wolnej stopy, jest nadzieja, że dostaniesz w zawiasach.
A ja chciałem być tylko bohaterem…
>neandertalczyk-rakieta

EURO 2016

(Głos Pruszkowa 07/2016)
>
>
               EURO 2016
>
>
Staś siedział ma murku jak zwykle, ale z jakąś taką skwaszoną miną.
Przywitałem się z nim, w milczeniu podał rękę od niechcenia z nadal skwaszoną miną.
– Coś się stało Staś? – spytałem.
Machnął ręką i nic nie powiedział.
Mogłem się domyślać, o co chodzi, nie miał na piwo, ale od czego ja jestem.  Wyjąłem z torby dwie puszki, jedną podałem Stasiowi czekając aż rogal uśmiechu zagości na jego pryszczatej gębie. Nic z tych rzeczy. Staś wziął ode mnie piwo, nawet otworzył i łyknął kilka razy, ale ciągle bez słowa i ciągle ze skwaszoną miną.
– No, co? Piwo niedobre?
Staś kiwnął, że dobre, ale i tak ciągle milczał i ciągle minę miał nietęgą.
Posiedzieliśmy chwilę w milczeniu.
– To może, jakie pół litra kupię? – zaproponowałem.
Staś zaprzeczył głową, lekko uniósł puszkę pokazując, że piwo bardzo dobre i łyknął nawet kilka razy na potwierdzenie swoich gestów i znowu cisza i skwaszona mina.
Patrzyłem na Stasia i nie dowierzałem. O co mu chodzi, może o piłkę nożną?
– No, ale co? – spytałem – Polacy i tak zaszli najdalej w historii europejskich rozgrywek.
Nawet nie wiem jak się skończy to granie Polaków w EURO2016. Kiedy to piszę, Polacy ciągle są w grze, a EURO2016 wciąż trwa.
– No dobra, może najlepiej nasi nie grają, ale mają fart i przechodzą – mówiłem o naszych piłkarzach.
Staś tylko uśmiechnął się sztucznie, pokazując, że docenia wysiłki naszej drużyny i dalej skwasił minę i milczał.
– No to już nie wiem – wzruszyłem ramionami w swej bezradności.
Podałem Stasiowi drugie piwo, sobie też wziąłem.
– Anglicy wychodzą z Euro – mruknął wreszcie Staś i z tą swoją skwaszoną miną, strapionym głosem dodał – To za cztery lata już nie będą grać w EURO2020.
Spojrzałem na niego zdziwiony, ale najwyraźniej Staś po fazie milczenia wszedł w fazę nieprawdopodobnego gadulca:
– A widzisz – wyjaśniał dalej Staś – A ci z Irlandii Północnej i Szkocji chcą jednak grać dalej, dlatego chcą kolejnego referendum, które by ich odcięło od Anglików.
Patrzyłem na niego i niedowierzałem, wreszcie parsknąłem śmiechem:
– Staś, to zupełnie, co innego, Wielka Brytania chce wyjść z Unii Europejskiej a nie z europejskiej piłki nożnej.
– No to jak oni będą w europejskiej piłce grać, jak nie będą już w Europie? – zdziwił się Staś.
– W Europie będą cały czas – machnąłem ręką – tylko Tusk z Merkelową ich wkurzyli i wychodzą.
– A widzisz – skonstatował Staś – Jak Tusk się wkurzył to wyszedł z Polski, jak Anglicy się wkurzyli to wychodzą z Europy.
– No, tylko czekać jak się Merkelowa wkurzy – powiedziałem sarkastycznie.
– Tylko gdzie ona biedna pójdzie – zafrasował się nie na żarty Staś – Niemców nikt nie lubi.
– Schroeder poszedł do Ruskich – podpowiedziałem przepiwszy piwem.
– A właściwie to, o co tym Anglikom poszło? – spytał Staś.
– O kasę – odpowiedziałem krótko, ale widząc nadal zdziwioną minę Stasia dodałem – dawali kasę, dawali a w zamian dostali imigrantów, to mają już dosyć Unii.
Staś pokiwał głową ze zrozumieniem, przepił i powiedział:
– My do tej pory dostawaliśmy kasę od Unii, a teraz trzeba będzie ją oddawać, więc może to już czas, by z Unii odejść, bo po co oddawać.

Gol-w-UE