KSIĄŻKA unikat z nr 001 sprzedany na aukcji dla WOŚP

00013-—-kopia.jpg

„Piórkiem Tomka S. czyli Co ty mi tu koleś kit wciskasz” – ostatnie egzemplarze

Cały nakład ponumerowany - każdy egzemplarz to unikat. Wolumen z nr 001 sprzedany na aukcji dla WOŚP. Zostało jeszcze kilka egzemplarzy - kto chce, niech pisze na maila:

e-mail: TomekS@notowany.pl

facebook.com

twitter.com

facebook.com/PiorkiemTomkaS

Wpisy – ostatnie

Archiwa

Wrzesień 2017
P W Ś C P S N
« sie    
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930  

Najnowsze komentarze

Wyjaśnienia

Dział: Wpisy - kategoria: Dla Głosu Pruszkowa - felietoniki-miniopowiadanka okraszone rysunkami publikowane w Głosie Pruszkowa.

Dział: Galeria - Rysunki - Komorów - rysunki dla zbioru fraszek o Komorowie i jego mieszkańcach Tadeusza Charmuszko p.t. "Wiwat Komorów z beczką humoru" wyd. przez Towarzystwo Przyjaciół Miasta Ogrodu Komorów - KOMOROWIANIE jako efekt nagrody specjalnej w konkursie poetyckim: "Jedyne Miejsce pod Słońcem", wyd. z grud. 2013.

Galeria

rys-okladka-wtasmie-kolor

Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 11790
  • Dzisiaj wizyt: 2
  • Wszystkich komentarzy: 48

Wrzesień

wrzesien

VETO

(Głos Pruszkowa 08/2017)
>
>
                          VETO
>
>
No to się porobiło. Na urlop trzeba jechać a tu nie ma jak. Veto, którego nikt się nie spodziewał. Nawet ci, którzy żądali tego veta od prezydenta, byli tak zaskoczeni, że nie wiedzieli czy nadal go besztać, bo przecież pisiorem jest i basta, czy może już przytulić i pogłaskać? Co prawda prezydent zerwał się z pisowskiego łańcucha, ale wciąż do końca nie wiadomo, na kogo będzie szczekał. Protestujący pod pałacem pierwszego obywatela szybko pojęli, że czas zmienić niektóre transparenty. Miedzy innymi był taki z napisem „**uju vetuj” – szybko go przemalowano na „dziękujemy”. Sędzina od 10 tysięcy na prowincji przeprosiła. Bo cóż to jest 10 tysięcy? To taka kwota, która nie warto się nawet zajmować. Bilion, kochani, to jest liczba! Wspomniał o niej Swetru, krzycząc, że jak na ulicę wyjdzie bilion ludzi to obalimy rząd. No to rząd może spa spokojnie – tylu ludzi to na całym świecie nie ma. Wszystkich nas na planecie jest ok. 7 miliardów. Trochę brakuje do biliona.
W obozie władzy konsternacja. Nikt nie wie czy besztać prezydenta, czy chwalić sytuację, czy tradycyjnie: nic się nie stało. Nawet naczelnik państwa spod znaku Kaczora, odpowiedział: bez komentarza. Bo co miał powiedzieć, skoro jeszcze nie ustalił, po której prezydent jest stronie. „Ucho prezesa” – kabaretowe filmiki ukazujące obóz władzy w krzywym zwierciadle pokazywały prezydenta jako chłoptasia, z którym nikt się nie liczy. Jeśli choć odrobina była w tym prawdy, to cierpliwość prezydencka się skończyła. Mógł, co prawda prezydent zrobić inaczej, na przykład posłać ustawy do Trybunału Konstytucyjnego dając tym samym i sobie i wszystkim innym czas na przemyślenie tematu i jednocześnie zdejmując z siebie odpowiedzialność za decyzję, na zasadzie: zgodne to, o co chodzi? Podpisuję. Niezgodne, to nie ja stwierdziłem, to Trybunał, ale nie mogę podpisać. Prezydent chciał jednak pokazać, ze taki urząd w RP, jaki on sprawuje, też istnieje i on, prezydent państwa, nie jest tylko chłoptasiem do wykonywania naczelnikowskich poleceń.
>Zbuntowani kontra mediatorzy-maly
>
Temat sądów zjednoczył opozycję. Wszystkie Swetru, Spetyny, lewaki wszelkiej maści i koloru, tak zwani Obywatele RP, KODy, srody i wszystkie inne na jednej trybunie. A dookoła tłumy ludzi i nie ważne, kto jak liczył, widać, że tłumy. I aż żal, że tylu normalnych, uczciwych ludzi wyszło z domu walczyć o 10 tysięcy (na prowincji) dla garstki osób. Proszę zwrócić uwagę, że za obecnych władz, status obywateli się jednak poprawia. Teraz 10 tysięcy może wystarczyć, ale tylko na prowincji. A jeszcze nie tak dawno pani minister poprzedniego reżimu ogłosiła inną graniczną kwotę: 6 tysięcy to może zarabiać głupi albo złodziej. Iluż to ludzi chciało wtedy zgłupieć. Odnotowano masowe zgłoszenia do poradni psychiatrycznych. Chorzy pytali gdzie mają zgłosić się po owe 6 tysięcy, bo oni właśnie zgłupieli.
W ferworze prowadzonej walki o wolność i samostanowienie sądów, niewielu zwróciło uwagę na fakt, że veta prezydenckie były tylko dwa a ustawy trzy. Najważniejsza ustawa o ustroju sądów powszechnych została podpisana. Zawetowane zostały tylko ustawy o Sądzie Najwyższym i o Krajowej Radzie Sądownictwa. Mówiąc w wielkim skrócie poszło o to, że kiedy ustawy weszłyby w życie to wszyscy starzy członkowie Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądownictwa zostaliby odwołani a nowi wybrani według nowych zasad. Odwołani, ale przecież niepozbawieni funkcji sędziego, tyle tylko, że pracowaliby w sądach rejonowych i okręgowych. I wyszło, że protestujący walczyli tak naprawdę o pieniądze dla garstki sędziów.
Zostawmy to. Jest sierpień, może wreszcie czas na urlop, choć Spetyna już zapowiedział, że on żadnego urlopu brał nie będzie. Tytan pracy z niego. Nikt nie wie, co planuje Swetru, czy znowu Teneryfę? Jakby tam nie było, urlop zapowiada się spokojny a i pogoda trochę mniej deszczowa. Prezydent powiedział, że potrzebuje około dwóch miesięcy na napisanie nowych ustaw dotyczących sędziowskich elit i przesłanie ich do Sejmu. Chyba chciał, żeby ludzie w ostatni wakacyjny miesiąc zwyczajnie odpoczęli.
W tej całej batalii generalnie wygrali wszyscy. Sędziowska elita elit, bo nic u nich się nie zmieniło. Protestujący, bo jednak coś tam poszło po ich myśli. Paradoksalnie strona obozu władzy też: wzmocniła się rola prezydenta. I w tak optymistycznym nastroju, gdzie zwyciężają wszyscy, możemy spokojnie udać się na zasłużony urlop.
>Tatuaże na marynarzu i na kobiecie-maly
>

CZASU SZKODA

(Głos Pruszkowa 07/2017)
>
>
                   CZASU SZKODA-

>
>
Wspominałem już, że idea wielkiej Warszawy, niestety upadła. Rząd wycofał się z propozycji powiększenia granic stolicy. Co prawda Pruszków nie byłby w Warszawie tylko w tzw. aglomeracji, nie mniej do Warszawy byłoby już bardzo, blisko bo Piastów byłby już dzielnicą stolicy.
– Eee tam – machnął ręką Staś – nie ma, czego żałować, Warszawa to wiocha przecież, same słoiki i weki.
– Staś, co ty mówisz? – obruszyłem się – Przecież ty jesteś z Warszawy.
– Prawdziwa Warszawa jest tam gdzie ja – odpowiedział z godnością Staś, ale po chwili dodał smutno – A ja nie jestem już w Warszawie. W Warszawie została tylko wiocha i nawet słomy nie ma – Staś zerknął na nogi – jest w moich butach.
Dokończyliśmy piwo na smutno: ja, że nie udało się być w Warszawie a Staś, że już w Warszawie nie jest.
Staś spojrzał na mnie wymownie, co w gwarze jego spojrzeń miało znaczyć: skocz po następne piwa. Ja pokazałem puste kieszenie, co każdy rozumie i Staś też, bo skrzywił się, machnął ręką i powiedział niby do siebie, ale tak żebym usłyszał:
– To, co ja tu robię? – i poszedł.
A ja pomyślałem, że jak ma się, za co, to ma się i z kim i gdzie… ale u mnie tak nie było – taki to świat.
>Mieszkanie na dworze-maly
>
Na ławkę dosiadła się jakaś kobieta. Poprosiła o papierosa. Przecież ja nie palę. Zdziwiła się:
– Przecież ja nie o normalnego papierosa prosiłam.
– A ja normalny facet jestem – odparłem.
– Dzisiaj, proszę pana, tylko dziwni faceci mają wzięcie. – wycedziła do mnie pouczająco dodając – Normalnych nikt już nie chce.
– A ja, proszę pani, niczyjego chciejstwa nie chcę ani żadnego chwalenia nie oczekuję. – odpowiedziałem siląc się na podobne cedzenie – Sam staję przed lustrem i mówię: no chłopie, jesteś de best. A potem okazuje się, że to prawda – dokończyłem już spokojnie.
– Jest pan zwykłym burakiem – odcięła się – żadnej normalnej kobiecie się pan nie spodoba.
– A mnie się podobają wszystkie kobiety – zripostowałem – dwa lata temu wypiłem i jeszcze nie wytrzeźwiałem.
– Kiedyś pan wytrzeźwieje.
– I to mnie martwi, a nawet przeraża. Na szczęście od dwóch lat nie trzeźwieję, bo każdy chce się ze mną napić a ja nie potrafię odmówić.
– Pański kolega odszedł, bo nie miał pan pieniędzy – starała mi się wbić szpilę.
– Właśnie – westchnąłem – taki z niego kumpel, że mnie zostawił.
– Tylko kobieta może kochać na dobre i na złe. – oczy jej pokraśniały, bo była przekonana, że triumfuje, ale ja spokojnie:
– Jak na dobre, to miłość jest a jak na złe to się miłość kończy. – uniosła brwi ze zdziwienia, a ja mówiłem dalej – Przykład? Proszę: jak kasa mi się skończyła to mnie żona rzuciła a kochanka zdradziła, więc ja ją rzuciłem i miłość prysła jak bańka mydlana.
Tym razem ja na nią spojrzałem triumfalnie i chyba rzeczywiście zaczynałem trzeźwieć, bo z każdą minutą zaczęło jej przybywać kilkanaście lat.
Chyba to dostrzegła, bo rzuciła we mnie stara sentencja, która miała uchodzić za złotą myśl.
– Kobieta jest jak wino, im starsza tym lepsza.
Jeśli mam być szczery to nie ma nic głupszego niż te debilne złote myśli.
– Z tym winem to bym akurat nie przesadzał. Choć są dojrzałe kobiety, które są jak maliny, to we wszystkim musi być umiar – odpowiedziałem patrząc na nią z politowaniem.
– Jest pan tak bezczelny, że najchętniej strzeliłabym panu w pysk! – wykrzyknęła.
– Proszę nawet nie próbować. Jestem za całkowitym równouprawnieniem. Kobieta powinna być tak samo traktowana jak mężczyzna. Więc na pewno pani oddam i na równi możemy się bić, uczciwie zwycięży lepszy.
Zamurowało ją, ale nie na długo. Łapiąc oddech wycharczała:
– Jest pan chamem, draniem i łobuzem!
– Tak jak my lubimy niegrzeczne dziewczynki tak wy kobiety uwielbiacie chamów, drani i łobuzów – odpowiedziałem spokojnie.
– Jak pan umrze to nawet nikt na pański pogrzeb nie przyjdzie – wyraźnie chciała mi dopiec i sam nawet nie wiem czy piła do mojego wieku, czy do faktu, że Staś mnie zostawił. Mimo to starałem się zachować spokój:
– Generalnie, jak mnie już nie będzie, to jest mi wszystko jedno ilu i kto przyjdzie na mój pogrzeb i jak i gdzie i czy w ogóle będę pochowany.
– Ile pan ma w sobie złości, pan umiera już za życia. – warknęła, wstała i poszła.
Odeszła tak szybko, że nie zdążyłem jej powiedzieć, że przecież całe nasze życie to eutanazja, tylko rozciągnięta w czasie.
Mimo to dobrze, że poszła, bo ta dyskusja z nią zaczynała mnie męczyć a i „celne riposty” zaczynały mi się kończyć.
Przyszedł Staś z nowym piwem. A jednak mnie nie zostawił, poszedł tylko po piwo i znowu nie wytrzeźwieję. Przepiłem dwa razy i świat od razu zrobił się kolorowy a kobiety młodsze i piękniejsze.
– I jak? – spytał Staś, a ja odpowiedziałem:
– Straciłem mnóstwo czasu na śmieszną dyskusję z pewną zawziętą kobietą i wszystko byłoby OK, gdyby nie to, że… czasu szkoda.
>

Miłość nie wojna

(Głos Pruszkowa 06/2017)
>
>
                _Miłość nie wojna_
>
>
Miałem pisać o swojej majowej wyprawie do Gruzji, ale po powrocie okazało się, że w kraju tyle się dzieje, że nie sposób o tym nie mówić. 27 maja odbył się w Gdańsku Marsz Równości zorganizowany przez środowiska LGBT (lesbijki, geje, biseksualiści i transseksualiści). Kogóż tam nie było: maszerowali posłowie PO równym krokiem obok posłanek Niebezpiecznej… ups przepraszam, Nowoczesnej, lewica z partii Razem, znalazło się paru KODowców, ludzie nauki, kultury i sztuki. To ostatnie akurat tak bardzo nie dziwi, kiedyś jeden z niedoszłych artystów gorzko stwierdził, że aby się w artystycznym biznesie wybić to trzeba być k… lub gejem. Ale kto by mu uwierzył, przecież artystą w końcu nie został. No i oczywiście maszerował gospodarz miasta prezydent Gdańska, który ponoć stwierdził, że chciałby mieć miasto wielokulturowe a ja ze swej strony dodam, że pewnie takie jak Paryż, gdzie, co chwila palą samochody pewnie w geście wzajemnej przyjaźni, jak Sztokholm lub Malmo gdzie wzajemnie przenikają się kultury kamienia łupanego i smartfonu, gdzie jest jasny podział na ludzi pracy i ludzi korzystających z cudzej pracy. Wszyscy wznosili wspaniałe flagi we wszystkich kolorach tęczy i obowiązkowo hasła na transparentach, bo przecież ten marsz nie idzie od tak sobie, o coś trzeba walczyć, a to wszystko na transparentach wypisane. Główne hasło: MIŁOŚĆ NIE WOJNA – jak dobrze pamiętam, wszystkie wojny zawsze były walka o pokój. Ale tu nie o pokój idzie, lecz o miłość, a to już nie taka prosta rzecz. Bywało już w przeszłości, że o miłość wojowano nawet 10 lat – że wspomnę tylko Helenę Trojańską. Ale nie to hasło podbiło internet a mianowicie „500+ na każdego geja”! Hasło tchnie rasizmem na kilometr, bo pomija lesbijki, nie wspomina o biseksualistach ani o transseksualistach i najprawdopodobniej to podła prowokacja. Jakże to przecież, środowiska PO, Niepoważne.. ups, tzn. Nowoczesnej, z takim uporem twierdziły, że 500+ to, co najmniej o 500 za dużo, że to budżet rozwali a kraj w dotąd niespotykany kryzys wepchnie. A tu budżet się utrzymał, a nawet ma się lepiej niż w latach ubiegłych. I wzrost gospodarczy zanotowano, niewielki, ale jest. Jeden Miller, były premier, ze smutkiem stwierdził: szkoda, że mi żaden z ministrów takiego pomysłu nie podpowiedział. Hasło jednak jakby nie patrzył chybione. 500+ z założenia miało zwiększyć ilość narodzin w naszym kraju a gej przecież takich zdolności nie posiada. Nie chciałbym obrazić uczonych głów, ale taka jest natura. O uczonych głowach nie przypadkowo wspomniałem, bowiem prof. Monika Płatek stwierdziła kiedyś, że „w związkach jednopłciowych rodzi się tyle samo dzieci, a często więcej, niż w związkach różnopłciowych”. Z tego, co wyczytałem pani profesor ukończyła prawo (aż dziwne, że nie lewo) i to chyba wszystko wyjaśnia. Tylko prawnik może kota ogonem odwrócić, wszyscy wiedzą ze jest inaczej a prawnik wie swoje. Nie żebym obrażał prawników, raczej jestem pełen podziwu dla ich sofistycznych zdolności. W Londynie podobne hasła są, co chwila. Tam jest regularna wojna: z jednej strony atakują bombami z drugiej hasłami. Sam jestem ciekaw, kto wygra. A hasła tam też ciekawe: Muzułmanie i lesbijki to radość (org: “muslim and lesbian and happy”). Podobnie brzmiały hasła dotyczące transseksualistów, gender, gejów itp. Przecież dla muzułmanów takie postawy to grzech, a grzech ogniem trzeba wypalać. Jeśli tylko uda się radykałom islamskim przejąć władzę, to na pierwszy ogień pójdą wszyscy z LGBT. Tam litości nie znają. A może ci wszyscy genderowcy, geje, lesbijki i sam nie wiem, kto jeszcze maja taka samobójczą misję – chcą sprowadzenia muzułmanów by móc zginać od ich mieczy. Tylko czy nie prościej, żeby oni tam wszyscy pojechali? Na szczęście nie wszyscy z tego środowiska są takimi debilami. Są i normalnie myślący, czujący zagrożenie, szkoda tylko, że ich nie słychać.
Zeszło mi się teraz na muzułmańskie zagrożenie. Ale czy to nie straszne, kiedy rządzący państwami na zachodzie Europy bagatelizują problem mówiąc, że takie czasy, że trzeba się do tego przyzwyczaić (tzn. do zamachów) i co gorsza sprowadzić więcej muzułmanów. Kiedyś w Izraelu nie było tygodnia, żeby jakiś rozrywkowy Arab nie wszedł do autobusu lub nie wysadził się w jakimś sklepie. Na początku naszego wieku Żydzi wpadli na pomysł by ciało (a raczej jego resztki) wysadzonego zamachowca-samobójcy smarować wieprzowym smalcem a jak się uda to dokonywać nawet pochówku ze zdechłymi psami. Dało to niesamowity rezultat, ilość samobójczych zamachów w Izraelu spadła o ok. 70%. No, ale przecież, w Europie zaraz lewactwo krzyknie, że to bezczeszczenie ciał, profanacja, obraza religii. Bo muzułmańskiej wg lewaków obrażać nie można. Można tylko chrześcijańską, bo chrześcijanie nie strzelają. A ostatnio to już w ogóle wszystko się powywracało do góry nogami. Swego czasu (jeszcze w 2016 roku) bojownicy ISIS (państwa islamskiego) ostrzelali izraelski posterunek graniczny w Syrii. I co? I teraz dowiadujemy się, że już na drugi dzień rzecznik ISIS przeprosił Izrael stwierdzając, że to pomyłka. No i jak tu teraz Palestyńczycy mają walczyć? Teraz to już nawet nikt w Izraelu bomby nie odpali. Całe szczęście, że jest jeszcze Europa. Inaczej bojowy duch muzułmanina zaginąłby bez wieści. W sumie to nie ma się, co dziwić, ze islamiści z ISIS nie atakują Izraela a nawet jak się ktoś pomyli to przepraszają. Wszyscy wiedzą, skąd idą pieniądze na takie działania. Nie, nie z Izraela. Jest takie państwo arabskie, które ma duuużo ropy, duuużo pieniędzy i ostatnio duuuże ambicje. Jeśli ktoś myśli, że przed paroma laty tzw. wiosna arabska to taka oddolna rewolucja to grubo się myli. Ale żeby to mogło się udać, trzeba było mieć zgodę Izraela – i taką umowę (niepisana oczywiście, bo któżby takie umowy na papierze spisywał) z Żydowskim państwem zawarto. Najpewniej Arabowie obiecali Izraelowi święty spokój, ale chyba nie tylko na takich obietnicach się skończyło. Tak jak nie wierzę w to, żeby rządzący zachodnią Europą byli tacy głupi. A jeśli niegłupi to… mieliśmy już takiego kanclerza u naszych sąsiadów, który za rurę bałtycką dostał niezłą posadę od Putina, ale czy tylko posadę, tego przecież nikt nie wie.
>żyd-arab — kolor
>
Wróćmy na nasze podwórko.
Władze (najwyższe) wycofały się z pomysłu powiększenia Warszawy. A szkoda, zawsze chciałem przeprowadzić się do stolicy, tylko że zawsze kasy brakło i oto nadarzała się okazja, że to stolica przyjdzie do mnie. Nie do końca – niestety – bo Warszawa miała wchłonąć Piastów a Pruszków niestety już nie. Nasze miasto miało być ledwie w tzw. aglomeracji. Nie ważne jak miało być, bo i tak larum się podniósł ogromny u samorządowców. Bo jakże to? Żeby nam włodarzom i rajcom ktoś obcy na ręce patrzył? Niedoczekanie! I podnieśli się z kolan pruszkowiacy, którzy przybyli z dalekich stron by osiąść na stałe w Pruszkowie a tu, co? W Warszawie się znajdą? Tzn. w aglomeracji, ale nikt im tego nie wyjaśnił. A prezydenci wyższych i niższych lotów dalej uderzać w lokalny patriotyzm: toż to zamach, Warszawa siłą chce wziąć Pruszków, którego historia jest… hmm bogata? Głęboka? Na polach pruszkowsko-parzniewsko-brwinowskich już 2000 lat temu było największe w Europie zagłębie hutnicze i taką historię Warszawa chce nam zagarnąć? Nigdy!!! Inne gminy krzyknęły podobnie, bo przecież nikt nie chce, żeby im na ręce patrzeć i najwyższe władze się wycofały. Szkoda. Chyba się już nie doczekam zwarszawienia.
Myślałem, że Staś doda swoje trzy grosze. Ale Staś nawet na mnie nie spojrzał, dopił piwo i sięgnął po następne. Dodam tylko, że wszystkie piwa ja kupiłem.

Autostrada

(Głos Pruszkowa 05/2017)
>
>
__________Autostrada___________
>
>
Auto zaczęło niedomagać. Takie tam usterki – zwykła przypadłość wiekowych samochodów. Hamulec nie dość, że słaby to ściągał na lewo. Żeby, chociaż na prawo, ale na lewo? Jeszcze ktoś pomyśli, że za lewicą jestem. Ręczny prawie nie trzymał. Hurgot przy zmianie biegów a silnik szarpał w najmniej odpowiednich momentach. O tym, że klakson nie działał i jedna wycieraczka się urwała to nawet nie ma, co wspominać. Bez mechanika obyć się nie mogło – odstawiłem do warsztatu. Zostawiłem kartkę ze spisem niedomagań i dodałem, że gdyby jeszcze coś zauważyli to też.
Minął tydzień. Zadzwoniłem do mechanika i dowiedziałem się, że wszystko jest na dobrej drodze: rozebrali mój samochód na części pierwsze a teraz są na etapie składania.

>pije tylko cole

Kolejny tydzień – cisza. Znowu zadzwoniłem:
– A pański samochód to, jaki był? – spytał mechanik.
– Jak to, jaki? KIA – odpowiedziałem poirytowany.
– Aaa to ten koreański – przypomniał sobie mechanik – hmm, coś nam poszło nie tak, złożyliśmy pańskie auto i wyszedł nam duży fiat i dwa wózki inwalidzkie. – chyba usłyszał moje sapanie w słuchawce, bo dodał: – Niech się pan nie martwi, w przyszłym tygodniu przyjeżdża do nas konsultant z Korei Południowej, na pewno podpowie, co zrobić.
Po kolejnym tygodniu zadzwonił mechanik:
– Może pan odebrać, cycuś glancuś a hamulce takie, że samochód dęba staje.
– I był ten Koreańczyk? – spytałem z ciekawości.
– Pewnie, że był.
– A jak żeście się z nim dogadali? Po koreańsku czy po angielsku?
– Proszę pana, język techniki jest uniwersalny – skwitował mechanik moje obawy.
Pojechałem do Stasia, żeby pochwalić się podrasowanym samochodem.
– No, no, samochód jak samochód – Staś obszedł dookoła moje auto i poklepał po przednim błotniku i … reflektor się lekko naderwał.
– Staś! Co robisz?! – wrzasnąłem – Ależ ty masz ciężką łapę! – próbowałem włożyć reflektor na miejsce, ale się nie udawało. Staś wzruszył tylko ramionami. Ostatecznie podkleiliśmy taśmą klejącą.
– Siadaj Staś, przejedziemy się autostradą.
Staś usadowił się obok mnie a ja już go uprzedziłem:
– Tylko nie trzaskaj drzwiami.
Staś domknął delikatnie drzwi.
Ruszyliśmy autostradą. Teraz drążek zmiany biegów chodził leciutko, prawie nie zgrzytał. Ostatni bieg – piątka i gaz do dechy. Zbliżaliśmy się do maksymalnej prędkości obowiązującej na polski autostradach. Staś aż gwizdnął z zachwytu. Normalny szum auta, słychać było każde łożysko, każdy terkot zębatki, czuć każdy przegub, każdy szmer… i wiatr… we włosach… Zaraz, przecież mamy dach, tzn. szyberdach… tzn. mieliśmy, bo właśnie odleciał w siną dal.
– Powoli z limuzyny robi ci się kabriolet – skomentował Staś a ja zgromiłem go wzrokiem. Szyberdach poszybował hen daleko jak szybowiec i odleciał tam gdzie nie było już autostrady.
– Zapamiętaj, jaki to kilometr – syknąłem do Stacha – wrócimy tu jak skubaniec wyląduje.
Nie zdążyłem dokończyć a klapa od silnika uniosła się jak nadmuchiwany balot i poleciała w górę przemykając nad innymi autami lotem koszącym myśliwca by w końcu unieść się ponad bariery dźwiękochłonne i zniknąć nam z oczu.
– Pewnie silnik się przygrzał i włączyło się dodatkowe chłodzenie – skomentował sarkastycznie Staś.
Postanowiłem nieco zwolnić i nacisnąłem pedał hamulca, ten jednak wpadł mi w dół.
Staś natychmiast to spostrzegł:
– Zdaje się, że zrobili ci super hamulce. – i dodał pocieszająco: – Dobrze, że na autostradzie nie ma świateł.
Dobra, spokojnie – pomyślałem – delikatnie zacznę go przyhamowywać silnikiem. Chciałem zredukować bieg, ale drążek zmiany biegów został mi w ręku. Tym razem Staś już nic nie powiedział, tylko mała stróżka potu spłynęła mu po czole. Na szczęście przed nami było wzniesienie i zaczęliśmy wytracać prędkość. Miałem dość już tej jazdy. Hamulec w końcu załapał, ale trzeba było go podpompować. Drążek też udało się jakoś wcisnąć. Aby tylko dojechać do zjazdu. Mieliśmy tak zawrotną prędkość, że … wyprzedziło nas własne koło. W pierwszej chwili Staś widząc to roześmiał się. Dopiero ja mu uświadomiłem, że to nasze koło:
– Staś to nasze koło, ja podjadę a ty je łap!
I tak było: Staś otworzył drzwi, złapał koło i wciągnął je do środka, ale nie zdążyłem mu powiedzieć, żeby nie trzaskał drzwiami i drzwi odpadły.
Koło co prawda dogoniliśmy, ale wyprzedziła nas stara syrenka, trabant a nawet wóz drabiniasty zaprzężony w dwa konie.
– Jednak dwa prawdziwe konie to nie to samo, co konie mechaniczne – podsumował Staś.
Kiedy zaczęła nas wyprzedzać rowerzystka, byłem załamany. Na dodatek spostrzegliśmy patrol policji drogowej. Policja na autostradzie? Zdziwiłem się, mają chłopaki fantazję. Policjant wyszedł z lizakiem i machał nam żebyśmy się zatrzymali. Hamulec znowu zawiódł, na szczęście Staś wystawił nogę i wyhamował auto.
Policjant podszedł, popatrzył, widać było, że podziwia to moje cudo techniki motoryzacyjnej.
– Jak na autostradę to nie za wolno jedziecie? – spytał policjant.
– No przecież tu nawet na rowerze jeżdżą, to tak wolno panie władzo? – próbowałem chytrze zmienić temat.
Władza skrzywił się niesmacznie.
– Dobra, dobra, wy mi tu rowerami głowy nie zawracajcie. Sprawdzimy te wasze auto. Proszę włączyć prawy kierunkowskaz.
Włączyłem, ale nic nie pikało, nic nie świeciło. Staś się zorientował i wystawiwszy prawą rękę dumnie spojrzał na policjanta.
– No, no – pokiwał głową pan władza – teraz lewy.
Teraz ja wystawiłem swoją lewą rękę. Na awaryjne obaj zaczęliśmy machać rękami. Zamiast klaksonu Staś z kartki papieru zrobił trąbkę a na światła mijania otwieraliśmy szeroko oczy. Tylko nam drogowe nie wychodziły, ale policjant machnął ręką:
– Żarówki trzeba wymienić. Jedźcie do najbliższego zjazdu, bo tak bez drogowych to nie można.
Chciałem odpalić i odjechać, ale… i tylko Staś, który nogą odpychał auto jak hulajnogę i głośno krzyczał: pyr, pyr, pyr, uratował sytuację.
– Całe szczęście, że nie dostaliśmy mandatu – odezwał się Staś.
– Za co? Przecież glina wszystko sprawdzał i było dobrze.
– Za zaśmiecanie autostrady – odpowiedział Staś – przecież to kupa złomu jest.

>mala stluczka sie wypuka

Grałem w filmie

(Głos Pruszkowa 04/2017)
>
>
                 Grałem w filmie
>
>
Jako statysta. Scena wesela – chyba jakaś uwspółcześniona wersja Wyspiańskiego. Chciałem dopytać drugiego reżysera, co to za film będzie, ale usłyszałem, że projekt ma być hitem, a jego wejście na ekran wielką niespodzianką, dlatego też tytuł filmu objęty jest tajemnicą.
Zbiórka o 6:00 rano – zawsze się zastanawiam, po co tak wcześnie i tak wiadomo, że przed 9:00 się nie zacznie. Opiekunowie statystów sprawdzają listę. Potem ubiory. Oczywiście statyści we własnych – taniej dla filmu, ale zawsze można coś poprawić: zmienić krawat lub pasek przy sukience itp. Potem makeup (mówią: mejkap). Kiedyś to się nazywało makijaż, z francuskiego. Teraz obowiązkowo po angielsku. A dlaczego? Makijażystka – chociaż powinienem chyba napisać: makeupużystka – wzruszyła ramionami:
– Może dlatego, że wszyscy teraz chcą, żeby było jak w Hollywood a tam wszyscy mówią po angielsku.
>27-1 Kaczynski Merkel Unia Dawid Goliat — maly
Trochę pudru na nos, sterczący kosmyk włosów przyciśnięty lakierem i jest OK.
Asystenci reżysera ustawiają statystów, ten przy stole biesiadnym, tamten przy drzwiach będzie, tu kilka par tańczących. A tu jakoś pusto, trzeba zagęścić, tam tłok rozładować. Muzyka, zespół disco polo na scenie. Wszyscy się bawią, tańczą… Stop, teraz choreograf o miłym głosie i … w rajtuzach. Myślałem, że faceci w rajtuzach to taki żart. A może on jest w legginsach. Czy są męskie legginsy? Choreograf ustawia, musi być ruch, zabawa i koniecznie wężyk.
– Pan jakoś koślawo, do wężyka to będzie lepiej – choreograf pociągnął mnie za rękaw.
Ja koślawo tańczę? Nawet nie zdążyłem się obrazić a już zostałem ustawiony w wężyku. I muzyka i tańce na parkiecie a my trzymając się za ręce wężykiem miedzy rozbawionym tłumem weselników. Dobrze jest – pokazuje choreograf. Wszyscy na pozycje wyjściowe, będzie pierwsze podejście z kamerą. Ostatnie poprawki: poluzować krawat, większy dekolt u pań, przyróżowić policzki, przypudrować nosy… Kamera! Akcja! Disco polo na całego – typowo weselne przeboje. Przy stole statyści – biesiadnicy udają, że piją – w kieliszkach woda mineralna. Na parkiecie tańczą pary i na znak rusza wężyk tanecznym krokiem wymijając weselników… i wszystko fajnie tylko, że zawadziłem nogą sam nie wiem, o co. Wężyk się rozrywa a ja padam jak długi w rozstawione krzesła. No to koniec, przerywamy i czekam jak usłyszę: stop. Kątem oka dostrzegam, że kamera wiąż filmuje i to na mnie właśnie najeżdża, czyli nie przerywamy, muszę uważać, żeby nie spojrzeć w kamerę. Wstaję więc, uśmiecham się i wężyk pod okiem kamery rusza dalej. Wreszcie koniec sceny – reżyser ogląda ujęcie.
Tradycyjnie będzie dubel, czyli powtórka – wszyscy na miejsca. Choreograf prowadzi reżysera i pokazuje na mnie. Pewnie mnie ochrzani za tę wywrotkę.
– To pan się tam tak fajnie wywrócił – zwrócił się do mnie reżyser a ja potwierdziłem kiwnięciem.
– Bardzo dobrze, a nawet świetne to było. Chciałbym żeby pan się jeszcze raz tak wywrócił.
– No, ale to niechcący było – odezwałem się zdziwiony – nogi mi się po prostu zaplątały.
Reżyser machnął ręką:
– Było super, właśnie tak trzeba. Niech się pan wywróci, tak naturalnie.
– Ale tak drugi raz to mi się chyba nie uda – próbowałem się jakoś ratować.
– To nic, normalnie proszę tańczyć w tym wężyku, kolega z ekipy pana podetnie i będzie super.
Chciałem zaprotestować, ale już go nie było i zaraz komendy: Na miejsca! Kamera! Akcja!
Jeszcze dwa razy ktoś mnie podcinał.
>
>selfie
Obolały pojechałem jeszcze na wieczorne zdjęcia do innego filmu. Okazało się, że grano sceny w klubie gogo. Statyści siedzieli w miejscach dla gości a roznegliżowane tancerki na scenie przy rurze. Na stołach też niemal nagie dziewczyny w kiwały się w pląsach klubowej muzyki. W pierwszej przerwie wszystkie zakładały szlafroki. Przy drugiej przerwie nie chciało im się biegać po okrycia, które na planie przecież nie mogły leżeć, więc zasłaniały swe wdzięki dłońmi. Przy trzeciej przerwie nawet nie chciało im się już zasłaniać zauważając, że na nikim nie robi to wrażenia – nagość po prostu spowszechniała.
W pierwszej przerwie jedna z tancerek otulona szlafrokiem podeszła do barku i poprosiła o coś do picia.
– A wie pan – odezwała się do mnie – ja jestem porządna dziewczyna, nie tak jak te zdziry, co z gołymi cyckami latają.
– To tylko film – odezwałem się nieśmiało – przecież ty też tutaj grasz prawie nago.
– Bo ja potrzebuję pieniędzy, nie tak jak te szmaty, co za byle grosz świecą gołym tyłkiem – wyjaśniła i dodała – Przecież to zwykłe bezwstydne dziwki są.
A ja pomyślałem, że niezbadana jest głębia kobiecej hipokryzji.
Przy drugiej przerwie zagadnąłem inną:
– Duszno tu,
nieźle nagrzali, żebyście dziewczyny nie pomarzły.
– Daruj sobie ten kiepski podryw – usłyszałem – i spadaj, przyszedłeś tu tylko po to, żeby popatrzeć sobie na gołe dziewczyny.
Odpowiedź mnie lekko zszokowała, ale szybko się pozbierałem i zripostowałem:
– Na ciebie raczej nie ma, co patrzeć, piękność nocy, postrach dnia – brzydka nie była, ale co mogłem jej odpowiedzieć?
Chyba ją ruszyło, bo kiedy odszedłem krzyknęła za mną:
– No to popatrz sobie i podziwiaj, tyle twojego!
Nawet się nie obejrzałem:
– Daruj sobie, przejrzyj się w lustrze.
Więcej już do niej nie podchodziłem, ona do mnie też nie.
>
>plan filmowy - wstydze sie
Po trzecim dublu drugi reżyser zdziwił się, że stoję przy śniadej tancerce:
– Nie… tutaj to pan nie… tam gdzieś pan idzie – wskazał jakieś nieokreślone miejsce.
Nieoczekiwanie śniada tancerka ujęła się za mną:
– Ale on tu cały czas jest, jak kamera wchodzi to on mnie obejmuje a potem idzie do baru – i na znak że nie kłamie, przycisnęła mnie do siebie.
– Acha – wymamrotał zdziwiony drugi reżyser – no to niech tak będzie.
I przez następne duble ściskałem się z nagą tancerką.
*
– I co dalej? – spytał Staś wysłuchawszy moich opowieści o graniu w filmie.
– A co ma być dalej? – spojrzałem na niego zdziwiony.
– No nie wiem. Umówiłeś się z nią? Wziąłeś numer telefonu?…
Patrzyłem na Stasia z politowaniem.
– Tak myślałem – odezwał się Staś – zapomniałeś. No tak już jest, na starość pamięć coraz słabsza.
>

Marszowy marzec

(Głos Pruszkowa 03/2017)
>
>
               _Marszowy marzec_
>
>
Jeżeli liczyć, że komuna w naszym kraju upadła w 1989 roku, to zaledwie w 22 lata od jej upadku Żołnierze Wyklęci doczekali się swojego święta: 1 marca jest Narodowym Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych. A kto to są Żołnierze Wyklęci to niech sobie każdy sam sobie poszuka. W wielu miastach organizowane są rajdy śladami Wyklętych lub akademie, wiece czy po prostu marsze ku ich czci. Ja też poszedłem w takim marszu obok grupy rekonstrukcyjnej, przebranej w mundury z tamtych lat. Marsz poszedł dalej a ja zastanawiałem się nad tym, co ich mogło pchać do walki, kiedy wszystko już było stracone. Kiedy już było wiadome, że wybory w 1947 roku sfałszowano a jedyny polityk, z którym wiązano nadzieje, Stanisław Mikołajczyk zwyczajnie uciekł do Anglii zostawiając wierzących w niego Polaków na pastwę ubeckich represji. Kiedy dotarło już do wszystkich, że III wojny światowej nie będzie a sowiecka okupacja nie zakończy się prędko albo nawet wcale. A jednak Wyklęci wciąż tkwili w lasach, konspirowali w domach, bo czyż mieli inne wyjście? Ci, którzy ujawniali się w ramach amnestii, wkrótce byli aresztowani, więc chyba nie mieli już wyjścia, dla nich okazała się to droga w jedną stronę.
Ocknąłem się z zamyślenia szturchnięty przez maszerujące kobiety ubrane na czarno.
 – Pogrzeb jakiś? Ktoś umarł, że tak wszystkie na czarno? – spytałem jedną z kobiet.
 – Czarny protest idioto – wykrzyczała mi do ucha.
Na czele pochodu szły najbardziej na czarno ubrane kobiety, jedna z nich przez megafon krzyczała:
 – Jesteśmy przeciw… – megafon zaskrzeczał i nie zrozumiałem, przeciw czemu ale wszystkie kobiety jak jeden mąż.. tzn. jak jedna żona chyba, zaczęły skandować:
 – Przeciw!!! Przeciw!!! Przeciw!!!
 – A przeciw czemu, bo nie dosłyszałem? – spytałem jedną z nich i od razu poczułem na sobie groźne spojrzenia.
 – A jak myślisz? – warknęła.
I po co tak warczeć, jak można po prostu odpowiedzieć.
 – Myślę, że same już nie wiecie, przeciw czemu ten protest. – odpowiedziałem dodając – Ot, chcecie sobie w modnych czarnych ciuchach pospacerować po ulicach…
Nie zdążyłem dokończyć a już zostałem zwyzywany od bezmózgów, idiotów, debili i seksistów. Z tym ostatnim całkowicie się zgadzam, pozostałe do dyskusji. Niedane mi jednak było podyskutować. Ubrane na czarno wypchnęły mnie z marszu a ja widząc, że niektóre chcą mi fizycznie wytłumaczyć, jakim jestem debilem salwowałem się ucieczką. Przebiegłszy dwie ulice trafiłem na plac, na którym znowu tłum, tym razem bardziej kolorowy. W pierwszej chwili myślałem, że to zgromadzenie moherów od toruńskiego radia, ale dostrzegłem transparent z napisem: KOD, a na prowizorycznej trybunie człowiek z kucykiem i w okularach mówił do mikrofonu o ich koledze, który nie wie jak żyć za 2000 złotych. Ech – pomyślałem – pewnie złodziej jakiś albo głupi, przecież już pani Bieńkowska stwierdziła, że zarabiając poniżej 6000 nie da się uczciwie żyć. KOD to nie moja bajka, więc szybko się stamtąd oddaliłem. Ale w tych czasach ciężko nie trafić na jakiś protest.
>zolte-papiery-kawaly-maly
>
Znowu wmieszałem się w jakiś marsz.
 – Pogubiłem się nieco – zagadnąłem pierwszą z brzegu osobę – przeciwko czemu ten marsz?
Tu w przeciwieństwie do kobiet na czarno ubranych, ludzie uprzejmiejsi, bo zaczęli mi spokojnie wyjaśniać, że zagrożona jest niezawisłość sędziów w naszym kraju. Marsz raczej skromny, ale za to uczestnicy bardzo mili, zaczęli mi się przedstawiać: prezes sądu jakiegoś tam, wiceprezes sądu… takiego, innego itd. a jedna pani rzeczowo tłumaczyła, że skandalem jest i totalnym zagrożeniem praworządności żądanie od sędziów oświadczeń majątkowych a w ogóle to życie w mieście jest drogie a za 10 tysięcy to sobie można, co najwyżej na prowincji mieszkać. Pokiwałem głową ze zrozumieniem i dodałem: i to jeszcze skromnie, czym zasłużyłem sobie na ogólny aplauz wśród maszerujących. Zawarłem kilka znajomości – może się przydać kiedyś w sądach i przeprosiwszy, że spieszę się na spotkanie poszedłem w inną stronę.
Jak się okazało, inna strona też była opanowana przez protestujących, tym razem kolorowo ubranych i nie wyglądali na moherów ani na KODowców. Trzymali wielki transparent z napisem: Stop dyskryminacji środowisk LGBT.
Podszedłem do jednego z protestujących:
 – Przepraszam, co to znaczy LGBT?
Spojrzał na mnie podejrzliwie;
 – To prowokacja?
 – Ależ skąd, ja naprawdę nie wiem.
Choć ciągle w jego oczach widać było nieufność to okazał się człowiekiem uprzejmym:
 – To skrót z angielskiego, co na polski tłumaczy się mniej więcej tak: lesbijki, geje, biseksualiści i transseksualiści.
 – Acha – zaczynałem rozumieć, tęczowe pochody i te inne, to dlatego tak kolorowo.
 – A o co chodzi w tym marszu? To znaczy, o co walczycie? – spytałem.
 – Żeby nas nie dyskryminowano.
 – A jak was dyskryminują?
 – Bardzo – krótko i rzeczowo odpowiedział.
 – A jak bardzo? – próbowałem dopytać o szczegóły.
 – Bardzo, bardzo – usłyszałem odpowiedź.
Zrobiłem zbolałą minę, co miało oznaczać, że bardzo im współczuję, podziękowałem za wyjaśnienia i poszedłem już do domu.
>
 – A mnie się podoba taki jeden marsz – odezwał się Staś, kiedy wróciłem już z wojaży po mieście.
 – Jaki marsz? – zaciekawił mnie.
 – Teraz marzec to zimno jeszcze, ale jak będzie ciepło to będzie marsz szmat.
Popatrzyłem na Stasia z politowaniem:
 – Ale tam kobiety chodzą poprzebierane za puszczalskie, za takie lekkich obyczajów, nawet roznegliżowane nieco…
 – No – Staś potwierdził, że wie o tym i z rozmarzoną miną dodał – Na gołe cycki można popatrzeć.
>opowiedzial-dowcip-smiechem-wykonczyc-maly

KARNAWAŁ

(Głos Pruszkowa 02/2017)
>
>
                    Karnawał
>
>
Jak karnawał to… bal. Zaproszenie znalazłem w skrzynce pocztowej wśród mnóstwa innych reklam: „Bal karnawałowy osobliwości – bądź i ty”, data, adres, godzina i co najważniejsze: bez opłat. Wziąłem cylinder i frak, tzn. taką marynarkę z długimi połami – dziś już niemodna – spokojnie za frak może uchodzić i w drogę. Piata aleja, czwarta ulica, trzecia brama – dziwny to adres, mroczna okolica, ale już słychać muzykę. Przy wejściu rosły ochroniarz zastąpił mi drogę:
– A maska gdzie? – spytał groźnie spoglądając.
– A to bal maskowy? – zdziwiłem się.
– A jak myślałeś? – odparł zadowolony z siebie i dodał – To prawdziwy bal, taki karnawałowy w maskach a nawet w przebraniu.
Wyciągnąłem z torby czarny cylinder i założywszy go na głowę spojrzałem na niego z ukosa. Ochroniarz jednak pokręcił głową:
– Ale maska…
Nie zdążył dokończyć, bo skrzywiłem się tak, jak ludzie krzywią się na Kaczyńskiego i Trumpa a z przymrużonych oczu widziałem jaśniejącą twarz ochroniarza.
– A to trzeba było tak od razu – rzekł rozpromieniony otwierając przede mną drzwi – Witamy w Salonie.
Ledwie wszedłem a już zaczepił mnie jakiś gość w okularach i z kucykiem na głowie, cały obwieszony fakturami.
– Panie, ja muszę kandydować i wygrać, ja mam takie długi, że mi jeszcze dwa lata potrzeba żebym je spłacił – tłumaczył – Pan rozumie, prawda?
Kiwnąłem pojednawczo głową i odszedłem, bo nie interesowały mnie jego długi, ani to czy kandyduje i dlaczego – co mnie to obchodzi?
Muzyka snuła się łagodnie po całym Salonie i wszystkich jego zakamarkach. Jakiś młody człowiek wszedł na krzesło i śmiejąc się opowiadał zebranym wokół niego:
– Muzyka łagodzi obyczaje a marszałek o tym nie wiedział.
– Głupi dowcip – usłyszałem za sobą – Sam tego nie wymyślił.
– Przecież to popularne powiedzenie – odpowiedziałem odwracając się.
– Napisaliśmy mu to na kartce – machnął ręką mój rozmówca, który wyglądał jak Znany Grzegorz – kupiliśmy ten tekst od pewnego kabareciarza.
– Nie wiedziałem, że kabareciarze piszą teksty politykom – zdziwiłem się.
– Niektórzy tak. Nam napisał nowy program – powiedział Znany Grzegorz i dodał zafrasowany – Niestety sondażownie się chyba na nas uwzięły, zamawiam w kolejnych firmach a sondaże zamiast rosnąć, spadają.
>Horoskop dla krola
>
Przypomniałem sobie ten program partii – nieźle się wtedy uśmiałem. Chciałem mu o tym powiedzieć, ale Znany Grzegorz z zafrasowaną miną już sobie poszedł.
– Czy nie mogłoby być jak było? – usłyszałem a kiedy przyjrzałem się osobie, która to powiedziała to wydawało mi się, że skądś ją znam. Czy ona nie robiła filmu o zabiciu księdza?
W oddali dostrzegłem człowieka otoczonego wianuszkiem kobiet o każdej urodzie, od najbrzydszych po najpiękniejsze. No oczywiście, przecież to Ryszard, lider wszystkich liderów. Podszedłem bliżej i usłyszałem jak lider wszystkich liderów tłumaczy zgromadzonemu wokół niego tłumkowi kobiet:
– Absolutnie prywatnie poleciałem na Maderę, ale naturalnie w służbowych sprawach, prawda Asiu? – zwrócił się do tej najpiękniejszej oczekując potwierdzenia i oczywiście się nie pomylił. Najpiękniejsza wpatrzona w Ryszarda ochoczo kiwnęła głową posyłając mu ukradkiem całusa. Pozostałe już tylko wzdychały na znak, że pojmują każde słowo lidera wszystkich liderów.
No cóż, przy Ryszardzie nie mam żadnych szans, a przecież luty to również walentynki.
– Nie wierzy pan w siebie, nie lubię takich ciamajdanów – damski głos prowokacyjnie szepnął mi do ucha.
Spojrzałem na nią i niemal krzyknąłem zaskoczony:
– Mucha?!
– Tylko nie po nazwisku – obraziła się, albo to był tylko foch, którego nie rozpoznałem.
– Mucha na nosie pani usiadła – uściśliłem rozbawiony jej fochem – A ciamajdan to był w sejmie zamiast majdanu – wytknąłem na koniec.
Obraziła się chyba na dobre, bo uniosła dumnie głowę i odeszła. I dobrze – nie była w moim typie.
– Co za cham – naszą wymianę zdań skomentowała jakaś blondynka w okularach – dostało to pincet plus i się na salony pcha jak śmierdzące grubasy latem na sopocką plażę.
– A pani na Maderę nie chciała lecieć? Czyżby pachnący lider wszystkich liderów pani nie odpowiadał? – zripostowałem.
– Lecę gdzie chcę… – chyba się z lekka zapowietrzyła i być może chciałaby cos jeszcze powiedzieć, ale mnie to już nie interesowało.
Moją uwagę zwrócił Wielki Były, człowiek legenda, trzecia część tryptyku Wajdy, który sam jeden wstrzymał komunę – ruszył demokrację. Tłumaczył komuś:
– I ja mu mówię, chłopie, weź ty se siódmego dnia odpocznij…
Parsknąłem śmiechem na dobre. Obok mnie stał ktoś w masce i też zanosił się śmiechem. Śmiał się nawet głośniej ode mnie i to już mnie tak bardzo nie śmieszyło. Przestałem się śmiać i zacząłem uporczywie na niego patrzeć a on nie zważając na mnie, śmiał się mi prosto w twarz. Próbowałem odgadnąć, kim jest, niestety jego maska nikogo nie przypominała.
– Zdejmij tę maskę, bo nie wiem, kim jesteś – powiedziałem do niego groźnie.
Zdjął maskę zanosząc się śmiechem:
– No, co ty? To ja, nie poznajesz?
– Stach? Ty tutaj? – teraz i ja się zacząłem śmiać.
– Wreszcie i ja dostałem się na salony – odpowiedział ciągle się śmiejąc.
– By wypełnić Salon, to teraz każdego już wpuszczają.
Staś popatrzył na balujących i powiedział:
– Chodźmy stąd, tu sami przebierańcy.
Założyłem cylinder i skierowałem się do wyjścia a Staś za mną – to chyba nie jest nasz bal.
>przysiega-pod-przymusem

Kolejny Rok

(Głos Pruszkowa 01/2017)
>
>
                 Kolejny Rok
>
>
I po Nowym Roku. Szaleństwa nie było – Nowy Rok od lat witany na smutno.
Staś skarcił mnie pytającym wzrokiem:
– Dlaczego na smutno?
– Bo co roku starszy jestem o kolejny rok! – wrzasnąłem na Stasia aż ten się skurczył do rozmiarów małego skrzata i podsumowałem:
– To, z czego mam się cieszyć?!
Staś wzruszył ramionami i odpowiedział nieśmiało:
– No, że zabawa była, było, co wypić…
– I co mi z tego?!!! – wybuchnąłem – Jak lata lecą coraz szybciej i każdy kolejny rok krótszy od poprzedniego i jak tak dalej pójdzie to w miesiąc 10 lat przybędzie!
Po chwili ciszy Staś odważył się odezwać:
– To ile ty masz lat?
– 40 – padła szybka odpowiedź.
– Ile? – nie dowierzał zdziwiony Staś.
– 40 plus – odpowiedziałem.
– Plus ile? – dociekał Staś.
– A co się tak do mnie przyczepiłeś?!!! A nie interesuj się!!! – wrzasnąłem tak głośno, że chyba wszystkie Stasie na tym świecie usłyszały żeby nie interesować się moim wiekiem.
Staś zamilkł. I dobrze, bo głupie pytania zadawał.
>Figa-wrozka
>
Niestety zamilkł tylko na chwilę i najwyraźniej ta chwila już minęła:
– No to młody jesteś i piękny, dziewczyny lecą na ciebie jak misie do miodu…
Misie do miodu, ależ ten Staś ma porównania i wyobraziłem sobie jak taka niedźwiedzica zaczyna na mnie lecieć, a ja, co sił w nogach…
– …piękny, przystojny, jak Apollo…
Staś mówił jak automat a ja zacząłem się zastanawiać czy Apollo miał mięsień piwny? Może miał, przecież w starożytnej Grecji piwo już było, tylko bez chmielu.
– …elokwentny, wygadany i mądry a tacy faceci mają wzięcie u kobiet największe…
Przecież elokwencja to właśnie wygadanie. Wszystko jedno, ani z elokwencji, ani z wygadania pieniędzy nie ma, co mi z takiej mądrości.
– …i oczy, spojrzenie wręcz uwodzicielskie, kobiety mogą topić się w piwnej barwie twojego spojrzenia. – Staś chyba skończył wreszcie to panegiryczne zdanie.
Połechtał jednak na tyle, że kiedy zobaczyłem przechodzącą młodą piękną dziewczynę, zagadnąłem do niej używając modnego slangu:
– Hej mała, rąbek u spódnicy ci się odwala – taki żart, bo przecież była w spodniach. Dziewczyna zatrzymała się jednak i z niedowierzaniem spojrzała w moim kierunku. Może rzeczywiście jest tak jak Staś mi mówił. Dodałem więc:
– Zaczaj bazę, elo jestem – nie byłem pewny, czy nie pomieszałem zwrotów.
Podeszła nieco bliżej i patrząc mi prosto w oczy wypaliła:
– Skitraj się stary spaszteciały dziadu. Masz kose bez kitu. Ja dla ciebie za dżolo dziunia jestem. Zrób se selfi, będziesz miał niezłą beke z pokemona. A ode mnie to możesz dostać na garba, bo ja się z tobą waflować nie będę. I żadna fura ani siano mnie do takiego wapna nie przyciągnie. Idź dziadek w bambosze do swojej jamy, zamknij jadaczkę, bo suchary ci wychodzą i nie jaraj się jak łysy do talerza.
(tłumaczenie: schowaj się tatusiowaty obrzydliwy dziadzie. Masz naprawdę problem. Ja dla ciebie zbyt piękna dziewczyna jestem. Spójrz w lustro i sam z siebie się pośmiej, jaki jesteś brzydki. A ode mnie to możesz dostać porządny ochrzan, bo ja się z tobą kumplować nie będę. I nawet najlepsze auto ani żadne pieniądze mnie do takiego starca nie przyciągną. Idź stary odpocząć do swojego domu, nie mów nic, bo ci żaden dowcip nie wychodzi i nie podniecaj się tak)
Odchodząc krzyknęła jeszcze do mnie:
– I bronka sobie pilnuj. (tłumaczenie: wypij sobie piwo – pilnuj mięśnia piwnego)
Dała do wiwatu. Popatrzyłem znacząco na Stasia. Całe to jego kadzenie to jedno wielkie wciskanie kitu. Staś się nieco zmieszał, ale po chwili odpowiedział:
– Droczy się – i dodał z nieco większą pewnością – Baby tak mają, nigdy na początku nie chcą przyznać, że im się facet podoba.
No, pomyślałem, nie ma to jak pozytywne myślenie na Nowy Rok.
>
>
Kijowski-pcha-sanie

Prezentów nie będzie

(Głos Pruszkowa 12/2016)
>
>
        Prezentów nie będzie 
>
>
Gdzieś na północy kraju, pod litewską granicą, szliśmy po kolana w śniegu.
– Też ci się zachciało grudniowych augustowskich nocy – warknął Staś.
Śmiesznie wyglądał: śnieg oblepiał go mniej więcej do pasa i wyglądał jak czarno-biały klaun w czapce z pomponem. Kto dzisiaj nosi takie czapki? Mimo woli roześmiałem się.
– A ty się jeszcze śmiejesz – Staś był wyraźnie zły.
Zatrzymał się, sięgnął za pazuchę i wyjął małą piersióweczkę. Odkręcił korek, łyknął dwa razy i podał mnie. Zrobiłem jeden głębszy haust.
– To gdzie ten twój kumpel, co podobno czeka na nas z wigilią? – spytał sarkastycznie Staś.
Wzruszyłem ramionami, ale widząc marsową minę swojego towarzysza wskazałem dłonią na rozciągający się przed nami bezkres pól, dolin i lasów pokrytych białym puchem.
– Gwiazdka już dawno wzeszła – zauważył Staś spoglądając w niebo – wigilia przeszła nam koło nosa.
– Może nie – odezwałem się wreszcie – chmury na niebie, gwiazd nie widać, będzie śnieżyło.
I jak za dotknięciem różdżki z nieba zaczął prószyć mały szklisty śnieżek.
– Też mi pocieszenie. – odezwał się Staś – Ciemno jest, późno już. Wiesz chociaż, która to godzina?
Nie nosiłem zegarka, ale sięgnąłem po telefon.
– Bateria padła.
– No właśnie – Staś się zatrzymał – Ani zegarka, ani telefonu tylko śnieg i nic.
Miał rację, już wcześniej zasypało i drogi i ścieżki, tylko śnieg i my.
Staś ruszył, ale tym razem ja stanąłem, bo wydawało mi się, że coś dzwoni… Telefon? Nie, przecież ja mam melodyjkę, a i tak bateria padła.
– Staś! – krzyknąłem – Słyszysz?
Staś obejrzał się na mnie ze zdziwioną miną.
– Dzwonki! Dzyń, dzyń, dzyń, słyszysz? – dzwonki było słychać coraz wyraźniej.
– W uszach ci chyba dzwoni! – odwarknął Staś, ale też się zatrzymał nasłuchując.
I nagle zerwał się wicherek a tuman śniegu zakręcił się wokół nas i zobaczyliśmy renifery. Jeden, dwa, cztery i przypięte do nich sanie.
– O rzesz, to chyba już Syberia – jęknął Staś.
– Raczej Laponia – dodałem widząc, że na saniach siedzi brodaty człowiek ubrany w czerwony kubrak.
– Łap stopa, to nasza szansa! – krzyknął do mnie Staś i wystawił kciuk do nadjeżdżającego zaprzęgu, mniej więcej tak jak łapie się autostop.
Brodaty ściągnął lejce i z piskiem płóz zatrzymał się przed nami.
– A kto wy jesteście? – brodaty z niedowierzaniem patrzył na nas.
– Ja Staś, a to mój kumpel. – wskazał na mnie – A ty, kto?
– Mikołaj – odpowiedział zdziwiony – A co wy, Mikołaja żeście nigdy nie widzieli?
Popatrzyliśmy na siebie nieco zbici z tropu, ale Staś szybko się ogarnął:
– Jak dzieckiem byłem, to taki przyniósł mi prezent pod choinkę. Dostałem wtedy wełniane skarpety na zimę.
Mikołaj pokraśniał z zadowolenia widząc, że rozumiemy, kim jest. Staś mówił dalej:
– Wszystkie dzieci dostały wtedy koparki, samochody, karabiny a ja jakieś porąbane skarpety – wycedził Staś.
Mikolaje-ciagna-sanie
Mikołaj szybko odpowiedział:
– Skarpet nie mam. To wszystko w tych workach – wskazał na worki leżące na saniach – to na życzenie. Co kto chciał to ma.
– A to, dlaczego wtedy nie dostałem tego, co chciałem? – atakował Staś.
– Wtedy to, co innego. – żachnął się Mikołaj – Wtedy to komuna była. Kazali nam takie rzeczy robić, że aż mi teraz wstyd. Straszyli, że Rudolfa zabiją – wskazał na pierwszego renifera – i musiałem robić, co mi każą. – nachylił się do nas i zaczął wyjaśniać – Chcieli mnie jakimś dziadem mrozem zastąpić. Ale jaki tam mróz? Przecież każdy wie, że globalne ocieplenie idzie. Taka była obłuda.
Ocieplenie, ociepleniem, jednak mróz nam nosy trochę szczypał. Mikołaj zdawał się tego nie zauważać.
– A wy wiecie skąd ja musiałem zabawki wtedy wozić? Przemycać musiałem i to skąd? Od ruskich! Bo u nas tylko skarpety i to nie zawsze. Bo zawsze to tylko ocet był i gorzała na mecie. Ale przecież tego dzieciom nie dam pod choinkę. A teraz to, co innego. Teraz wszystko wedle życzenia.
– Wedle życzenia. – zamruczał Staś – Dobra Mikołaj, posuwaj się, wchodzimy na sanie, zawieziesz nas.
– Ale, ale – zaprotestował Mikołaj – renifery ledwie dyszą, a jak wy wsiądziecie to już nie uciągną. Nie ma mowy.
– To wysiadaj – zakomenderował Staś – pójdziesz pieszo, my pojedziemy.
– Co wy – roześmiał się Mikołaj – wy nie umiecie tym sterować. Renifery nigdzie beze mnie nie pojadą.
– To zwalamy worki, a ty pojedziesz tam gdzie ci powiemy.
– Ale to prezenty, dla dzieci wiozę. No święta bez prezentów?
Staś już sięgał po worek, ja za drugi i nie pomagały lamenty Mikołaja, że dzieci biedne.
Jeden z worków rozwiązał się i na śnieg wysypały się prezenty. Ale dziwne to były prezenty. Na śniegu leżały damskie pantofle na bardzo wysokim obcasie, paczki pończoch kabaretek, czerwone podwiązki, gorsety, stringi, jakieś maści i żele chyba na pobudzanie, flakoniki z feromonami, różowe kajdanki, jakieś kuleczki, packi, korki…
– I to wszystko dla dzieci? – Spytałem z przerażeniem.
– Oj, – jęknął Mikołaj – przecież wszyscy jesteśmy dziećmi. To dla takich trochę starszych dzieci.
– Jakich!? – warknął Staś.
– No, może być nawet dla takich jak wy i ja – tłumaczył Mikołaj.
– Dobra, zwalamy wszystko! – krzyknął Staś i resztę worków wywaliliśmy z sań, sami wchodząc na ich miejsce.
– Ale to prezenty, dla ludzi na święta – tłumaczył Mikołaj – żeby się cieszyli, żeby mieli radość z życia – a widząc nasze niewzruszone miny powiedział stanowczo – Nigdzie nie jadę. Bez prezentów nie jadę.
Staś złapał go za kaptur:
– Jedź i to zaraz, bo ci tak zakapturzę, że cię nawet rodzony Rudolf nie pozna – po czym wyrwał Mikołajowi lejce i chciał krzyknąć, lecz spojrzał na mnie:
– Jak się na renifery mówi, żeby jechały?
– Chyba jak na konie: wio – odpowiedziałem.
– Wiooo renifery!!! – wrzasnął a widząc oglądającego się pierwszego renifera Staś krzyknął do niego – A ty Rudolf, nie kombinuj tylko jedź, bo przerobię cię na grilla z dziczyzny!
Sanie powoli ruszyły i coraz szybciej… w tyle zostawiając worki z prezentami.
– Wioo renifery!!! – Krzyczał Staś – W tym roku prezentów nie będzie! Wiooo!!!
>
zaZdrowie